22 października 2014, 14:11, dom Jamiego, salon
Poprosiliśmy o dwa tygodnie przerwy od prób. Musieliśmy podopinać ostatnie formalności przed ślubem i wziąć się za rozwożenie zaproszeń. Nie było tego dużo. Ot, nasi rodzice, dziadkowie, najbliższe rodziny i przyjaciele. Nic nadzwyczajnego. Nie zamierzaliśmy zapraszać połowy miasta ani dużej ilości ludzi z branży, jak wielu miało w zwyczaju. To miał być nasz dzień.
Kończyłam wypisywanie zaproszeń. Nie były doskonałe, moje pismo było w najlepszym wypadku tylko czytelne, ale nie chciałam ich wypisywać na komputerze. Moje bazgroły miały jakiś urok.
Jamie dodatkowo je przeglądał. Osobiście go poprosiłam, na wypadek gdybym gdzieś zrobiła literówkę. Od razu podsuwał mi nowe i wskazywał błąd.
– Aaliyah nie nazywa się Joseph – rzucił beznamiętnie, podając mi czysty blankiet do wypisania.
– To jak niby? – prychnęłam. – Ona i Michael są małżeństwem, logiczne dla mnie było, że mają to samo nazwisko.
– Villeneuve – odpowiedział. – Mała Francuzka uznała, że nie będzie bezcześcić swojego pochodzenia angielskojęzycznym nazwiskiem.
No i masz.
– Jak to, kurwa, zapisać… – zaśmiałam się. – A już było tak pięknie. Musiała się wyróżnić.
Jamie własnoręcznie napisał zaproszenie.
– A co z Weaverami? – zapytał w końcu. – Moglibyśmy ich zaprosić. Znam Noah od dawna, teraz z nim współpracujemy… Źle będzie wyglądało, jeśli zaprosimy wszystkich prócz nich.
– Mogą przyjść – wzruszyłam ramionami. – To tylko dwójka ludzi różnicy.
Dopiero potem zastanowiłam się, czy oni sami będą się dobrze czuć. Mogli się całkiem rozdzielić i bawić osobno. A równie dobrze nasze wesele mogło stać się dla nich kolejnym teatrem, który będą musieli odgrywać przed ludźmi. Ona ze swoim wielkim kijem w dupie i on udający, że jest taki sam. Miłość i grzeczność na pokaz. Ale nie mogłam tego powiedzieć Jamiemu. On nie wiedział tyle co ja.
– Ale nie bierzmy ich za pewnik – dodałam po chwili. – Damy zaproszenie Noah na próbie. Niezobowiązująco. Niech sobie to przemyślą.
– On mnie na swój ślub zaprosił – Jamie wzruszył ramionami. – Inna sprawa, że pokrywał się z twoimi osiemnastymi urodzinami i bezapelacyjnie wolałem spędzić ten dzień z tobą.
A. Miało to sens.
– Doceniam – zaśmiałam się. – Dobra, to zaraz wypiszę. Oni chociaż noszą jedno nazwisko? – zapytałam, chcąc uniknąć pomyłki.
– Chuj wie – odparł Jamie. – Pewnie tak.
Miałam pewne wątpliwości, ale stwierdziłam, że mu zaufam. Szybko wypisałam zaproszenie, bez większego namysłu wpisując Noah & Lauren Weaver. Może przyjdą.
A potem pomyślałam o jego pięknej żonie. O kobiecie, która nawet się nie starała, a przykuwała spojrzenia wszystkich. Bez wątpienia będzie wyglądała przepięknie. I trochę się bałam, że mnie przyćmi. Że po weselu nikt nie będzie mówił „Ashley wyglądała pięknie”. Tylko o niej. O tym, że to ona prezentowała się najlepiej.
Ale za chwilę przestałam o tym myśleć. Miałam mieć na sobie białą suknię, ułożone włosy i srebrny diadem. Wszyscy będą w zbyt dużym szoku, że się ogarnęłam i nikt nie pomyśli o niczym innym. Nie była dla mnie zagrożeniem.
Mandy istotnie skończyła już sukienkę. Uszyła ją odrobinę większą, na wszelki wypadek. Stwierdziła, że w razie czego łatwiej jest odjąć trochę materiału, niż go dodać. Ale na przymiarce prezentowała się przepięknie, choć wiedziałam, że będzie jeszcze przy niej dłubać, żeby do dnia ślubu wyglądała doskonale.
– Mamy wszystkich – podsumowałam. – Teraz tylko to wszystkim dostarczyć.
Równocześnie zawibrowały oba nasze telefony. Wiadomość na grupie zespołu. Od Kyle’a.
Kyle Evans: Kto chętny na picie? Dzisiaj, szósta, tam gdzie zawsze.
Ja i Jamie popatrzyliśmy po sobie z delikatnymi uśmiechami. Nie trzeba było słów.
– No to nie zaczynamy tego dostarczania dzisiaj – skwitował, odpisując na wiadomość Kyle’a.
Jamie Lanham: Ja i Shee będziemy.
Jason Mitchell: Ja odpadam. Wychodzę z Kelly.
Michael: Z przyjemnością, Liyah też jest chętna, ale wpadniemy później. Musimy ogarnąć opiekę dla dzieciaków.
Zaraz potem odpisał Noah.
Noah Weaver: Też wpadnę. Mike, możecie podwieźć dzieciaki do Lauren. Zgodziła się.
Kyle Evans: Ekstra. Jamie, wyciągnij swoją siostrę. Przyda mi się godne towarzystwo.
Jamie nawet nie zadał sobie trudu, żeby iść do pokoju Mandy. Po prostu wychylił się i wydarł na pół domu.
– AMANDA!
Mandy natychmiast zbiegła do salonu. Z tym jednym, wkurwionym wyrazem twarzy jak zawsze wtedy, gdy ktoś nazwał ją pełnym imieniem.
– James – odparła beznamiętnie. – Szanowny starszy bracie. W jakim celu mnie wzywasz?
Jamie tylko się zaśmiał i pokazał jej wiadomość od Kyle’a. Uśmiechnęła się od razu.
– Idę się szykować – powiedziała krótko. – Muszę dobrze wyglądać.
Jamie pokręcił głową. Mandy nigdy nie ukrywała, że Kyle jej się podoba, zresztą z wzajemnością. Tyle tylko, że nigdy nie poznali się na tyle dobrze, żeby coś im z tego wyszło.
Jamie Lanham: Mandy już się ogarnia. Będziemy wszyscy.
– To dogadane – podsumowałam. – Idziemy.
22 października 2014, 17:21, sypialnia w domu Noah
Noah
Właściwie byłem gotowy do wyjścia. Co jakiś czas tylko przeglądałem się w lustrze, poprawiając włosy albo kołnierz koszuli. Jakby to miało cokolwiek zmienić.
Nie szedłem tam dla samego faktu wyjścia na piwo. Nawet nie dlatego, że to była okazja do integracji z zespołem. Tylko dlatego, że tam mogłem przestać udawać. I pokazać im się takim, jaki byłem naprawdę.
Okej, w moim ubiorze nie zmieniło się wiele. To nie było częścią jakiegoś image’u. Lubiłem się ubierać elegancko. Ale nie aż tak czysto, jak zwykle. Na powiekach niechlujnie rozmazałem czarną kredkę. Ukochane, wysłużone glany czekały przed wyjściem. Lauren nienawidziła tych dwóch rzeczy. Nie obeszło mnie to. Nie szła z nami.
Popatrzyła na mnie z niesmakiem, gdy schodziłem na dół. Sama nawet w domu wyglądała doskonale. Miała ładnie ułożone włosy, nienaganny makijaż i eleganckie ubrania. Może dlatego tak mi tutaj pasowała. Lily mogła brać z niej przykład pod każdym względem. Była schludna i ostrożna, i tego samego uczyła mojej córki.
– Wyglądasz beznadziejnie – mruknęła, opierając się o kuchenny blat.
– Dziękuję – odparłem beznamiętnie. – To znaczy, że jest dokładnie tak, jak miało być.
Przewróciła oczami i zgrabnie mnie wyminęła, idąc do salonu, żeby poczytać. Lily tymczasem rysowała coś przy kuchennym stole. Uśmiechnęła się szeroko, gdy mnie zobaczyła.
– Wyglądasz jak gwiazda rocka – oceniła rezolutnie.
Pogłaskałem ją po włoskach.
– Dzięki, księżniczko.
– Idziesz gdzieś z wujkami?
– Mhm.
– I z tą ładną ciocią z gitarą? – dopytała.
Pokręciłem głową. To było najsłodsze, jak mogła ocenić Ashley.
– Też – przytaknąłem.
– Fajnie. Lubię ją.
Coś mnie ukłuło w sercu. Przypomniała mi się próba. Gdy Ashley siedziała razem z moją Lily i rozmawiała z nią, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Gdy zamiast wyjaśniać jej, że powinna iść, twierdziła, że pomoże jej się schować. Była w tym wszystkim tak autentyczna, tak szczera… Niczego nie wymuszała. Wszystko było naturalne. Nic dziwnego, że Lily ją polubiła. Nawet jeśli widok niechlujnej rockowej divy z małą dziewczynką nie wyglądał na doskonały. Był prawdziwy.
– Wiem – przytaknąłem. – Ja też.
– Przytulisz ją? Tak ode mnie.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
– Jasne.
– I dasz buziaka? Też ode mnie.
– Pomyślę. Bądź grzeczna.
Lily udała oburzenie.
– Zawsze jestem – zapewniła.
– Wierzę. Kocham cię.
Lily wyciągnęła ręce, żebym ją przytulił na pożegnanie. Zrobiłem to i poszedłem do Lauren.
– Wychodzę – rzuciłem krótko.
Lauren podniosła wzrok znad książki.
– Jasne. Baw się dobrze.
Wzruszyłem ramionami.
– Zawsze się bawię – odparłem.
I to była prawda. Bo doskonale wiedziałem, gdzie się spotykamy. W małym barze, który zawsze pachniał piwnicą i dymem papierosowym. Był chaos, śmiech, brudne żarty Kyle’a, przekleństwa i alkohol. I miał być ktoś jeszcze. Bezczelna, sarkastyczna dziewczyna z niechlujnym makijażem, roztarganymi włosami, ubrana w skórę i koronki. Żadnego ideału, czysty chaos. Ash Henderson.
Wyszedłem z domu i zamknąłem za sobą drzwi. Nawet powietrze pachniało inaczej. I nie dlatego, że wylałem na siebie pół flakonu perfum. Pachniało wolnością. Od tego momentu na kilka godzin mogłem przestać udawać. Nie myśleć o tym, że w domu czeka na mnie idealna, piękna żona. Tylko o tym, że wracam do swojego chaosu. Do tego małego świata, gdzie nie było miejsca na udawanie.
I o tym, że chcę ją zobaczyć. Tylko zobaczyć.
Przynajmniej na razie.
22 października 2014, 18:00, bar
Ashley
Jak na próby nie można było nas wyciągnąć na czas o żadnej porze, tak na piwo wszyscy potrafili przyjść punktualnie. I wszyscy potrafili dobrze wyglądać.
Przynajmniej tu mogłam czuć, że wyglądam najlepiej. Tutaj mój czarny makijaż, skórzany, wydekoltowany top, minispódniczka, kabaretki i odpalanie szluga od szluga były zupełnie normalne. Jedyne, co było we mnie eleganckie, to szpilki. W dwunastocentymetrowych So Kate biegałam, jakby to były trampki. Czerwone spody potrafiły dodać pewności siebie jak nic innego. I, nawiasem mówiąc, czułam się w nich jak bogini.
Dobra. Po chwili musiałam przyznać, że mam konkurencję. Dotarł Noah. I wyglądał… inaczej.
Nadal miał na sobie eleganckie ciuchy, ale dodatki dodały wszystkiemu lekko rockowego pazura. Łańcuszek na szyi. Skórzane bransoletki. Łańcuch przy spodniach. Glany. I… czarny makijaż na powiekach. Czarna, rozmazana kredka.
Aż przygryzłam wargę z wrażenia. Wyglądał doskonale.
On też zawiesił na mnie oko. Albo tak dobrze się prezentowałam, albo wpatrywał mi się w dekolt. Nieistotne. Jedno i drugie było przeze mnie w zupełności akceptowalne. Inaczej bym się tak nie ubrała.
Przywitał się ze wszystkimi. Mnie lekko przytulił i pocałował w policzek.
– Przytulas jest od Lily – uśmiechnął się. – A przy okazji. Wyglądasz cholernie dobrze.
Okej. To brzmiało szczerze.
– A ty w końcu wyglądasz jak ktoś, kto tutaj pasuje – zaśmiałam się.
Jego wzrok zatrzymał się na Mandy. Krótko, bez uznania, raczej ze zwykłą uprzejmością.
– Ty musisz być Mandy? – upewnił się.
– Dokładnie. Siostra Jamiego. I poniekąd też Ash – lekko objęła mnie ramieniem. Miło poznać.
– Wzajemnie. Noah – przedstawił się, podając jej rękę.
Odszedł od nas i zwrócił się w stronę Kyle’a, żeby pomóc mu przynieść piwo. Mandy dźgnęła mnie łokciem.
– O, stara – powiedziała cicho. – To jest dopiero ciacho.
Nie umiałam się z nią nie zgodzić.
– Totalnie – przytaknęłam.
– I chyba mu się podobasz – dodała z lekkim uśmiechem.
Wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z torebki paczkę papierosów.
– I co z tego? Ja zaraz biorę ślub, przypomnę zresztą, że z twoim bratem, a on jest żonaty. Zresztą. To, że uważa mnie za ładną wcale nie znaczy, że kiedykolwiek by mnie chciał. Nie widziałaś jego żony. Wygląda jak jebana supermodelka. I pewnie nią zresztą jest.
Mandy westchnęła.
– Tacy nigdy nie są samotni – oceniła. – Zresztą, kurwa. Ja mam na dzisiaj inną misję.
– To znaczy? – uniosłam brew.
Mandy dyskretnie wskazała palcem na Kyle’a.
– Przelizać się z tym oto jegomościem. Co najmniej – odpowiedziała. – Muszę go mieć.
Zaśmiałam się.
– Kilka piw i jest twój. Zobaczysz.
Mandy pociągnęła mnie za rękę.
– To na co czekamy? Chodź do nich!
Poszłyśmy. Zajęłam miejsce obok Jamiego, a zaraz obok mnie usiadła Mandy. Wyprostowała się i odrzuciła włosy do tyłu.
Noah i Kyle wrócili z całkiem sporym zasobem alkoholu. Jeden z tacą piwa, drugi ze shotami. Zapowiadał się dobry wieczór.
Noah usiadł na przeciwko mnie. Nie mogłam na niego nie patrzeć. Mała zmiana w wyglądzie dodała mu ogromnego uroku. Kątem oka zauważyłam też, że zdjął obrączkę. W jej miejscu miał teraz srebrny sygnet.
Kyle zajął miejsce obok niego. Cały czas przyglądał się Mandy. Chyba miała spore szanse zrealizować swój plan jeszcze przed końcem pierwszego piwa. Podobała mu się. Nic dziwnego, była śliczną dziewczyną.
– To za co pijemy? – zapytał Kyle, rozkładając przed każdym po szklance piwa i jednym kieliszku.
– Proponuję za owocną współpracę – zaproponował Noah. – Albo klasycznie, za rock’n’roll.
– Na owocną współpracę nie masz co liczyć – zaśmiałam się, podnosząc do góry kieliszek. – Za rock’n’roll!
– Za rock’n’roll! – powtórzyli wszyscy, jednocześnie opróżniając swoje kieliszki.
Noah skrzywił się teatralnie.
– Co to, kurwa, jest?
– Shoty piankowe – Kyle wzruszył ramionami. – Zawsze je tu pijemy. Wchodzą jak złoto.
– W tym w ogóle jest alkohol?
– Mhm.
– Słodkie jak diabli.
– I w tym cały urok.
Noah wstał i pokręcił głową.
– Rock’n’roll pełną parą – mruknął. – Pijcie sobie dalej to słodkie gówno, ja idę po czystą whisky. Ktoś tu musi ratować wasz honor.
Tak zrobił. Wrócił od razu z dwiema. Podwójnymi. Mój człowiek. Chociaż fakt faktem, ja zamiast podwójnej porcji wybrałabym dodatek coli.
– Druga, rozumiem, dla mnie? – Kyle uniósł brew.
Noah popatrzył na niego zażenowany.
– Chyba cię Bóg opuścił. To moje. Nie będę dwa razy chodził.
To mówiąc, usiadł i opróżnił całą szklankę jednym łykiem. Wszyscy wpatrywali się w niego z niedowierzaniem. Jebany. Nawet się nie skrzywił.
– Dobra. Ty grasz w innej lidze – ocenił Jamie.
Noah uśmiechnął się nonszalancko.
– Zapewniam cię, że wypiję najwięcej z was wszystkich, a i tak będę w stanie iść po linie. Czternaście lat w branży robi swoje.
Kyle wskazał na mnie ruchem głowy.
– To tu masz godnego przeciwnika. Może i wygląda niepozornie, ale potrafi wypić.
Wzruszyłam ramionami.
– Nie zamierzam nikomu nic udowadniać. Już jestem pewna, że mnie pokona – odparłam beztrosko.
– Dawaj, Ash – Mandy go poparła. – Pokaż mu, że laski też mogą.
Popatrzyłam na nią z ukosa. Przyjaciółka roku, nie ma co.
– Nienawidzę cię, Mandy – mruknęłam. – Kocham całym sercem, ale nienawidzę.
Bezceremonialnie wstałam i odebrałam Noah drugą z jego szklanek, zanim zdążył zaprotestować. Dobra. Wejdzie albo nie wejdzie. W najgorszym wypadku wypluję wszystko na blat.
Wzięłam głęboki oddech i powtórzyłam jego wyczyn. Alkohol palił mnie w przełyk, zresztą nie lubiłam smaku czystej whisky. Jakoś jednak udało się to przełknąć. Inna sprawa, że z miejsca zakręciło mi się w głowie.
Dumnie odstawiłam pustą szklankę.
Noah popatrzył na mnie z nieudawanym uznaniem.
– Jebana – skwitował krótko. – Ale wisisz mi whisky.
– To chodź – odparłam. – Przy okazji zamówię sobie.
Noah wstał od stołu. Zatrzymał się na chwilę przy Jamiem.
– Mogę ją na chwilę porwać?
Wow. W życiu nie spodziewałam się, że zapyta Jamiego o pozwolenie, żeby w ogóle ze mną przebywać sam na sam. Metal, ale dżentelmen.
– Jasne – odpowiedział Jamie. – Tylko nie wierz im za bardzo. Obawiam się, że z tobą akurat może przegrać.
Noah położył dłoń na moich plecach, jakby odruchowo, żeby zaprowadzić mnie do baru. Lekko zadrżałam od jego dotyku. Wyczuł to, bo natychmiast cofnął rękę.
– Dwie szklanki whisky – powiedziałam od razu do barmana. – Jedna podwójna, druga z colą.
Czekaliśmy na zamówienie przy barze. Noah oparł się o blat, nawet na sekundę nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Zamierzasz cały wieczór patrzeć mi w cycki? – mruknęłam.
– Nie. Na całokształt – odparł beztrosko. – Jesteś cholernie w moim typie.
Prychnęłam.
– Niestety ty w moim też – powiedziałam, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Barman podał nasze drinki. Nie zdążyłam nawet wyciągnąć portfela, a Noah już za nie zapłacił. Zanim zaprotestowałam, podał mi moje whisky.
– To ja miałam zapłacić – zauważyłam.
– Nie bądź śmieszna. To nie problem. Daj mi się poczuć jak facet, który pije drinka z ładną dziewczyną. Przez te kilka godzin chcę zapomnieć, że jestem żonaty.
– Nie masz obrączki – zauważyłam.
– Właśnie z tego powodu. Nie zamierzam jej tu zdradzić, to nie jest w moim stylu. Ale chcę być sobą. To jedno z niewielu miejsc, gdzie naprawdę mogę.
– Widać – przyznałam. – Wyglądasz… lepiej. Normalniej. I zachowujesz się normalniej.
– I o wiele lepiej się z tym czuję – odparł. – Chodź, zanim Jamie pomyśli, że cię podrywam.
– Wystarczy, że na mnie patrzysz, jakbyś chciał mnie przelecieć – rzuciłam lekko.
Noah prychnął pod nosem.
– Zadowolę się Lauren w domu.
Dźgnęłam go łokciem w żebra.
– Weź. Nie chciałam tego wiedzieć.
– Zawsze mogłem powiedzieć, że będę wtedy myślał o tobie.
Przewróciłam oczami.
– Jesteś bezczelny.
– Ty też, a wcale nie narzekam.
– No i właśnie zaczynam się zastanawiać, czy inni ludzie widzą mnie tak, jak ja widzę ciebie – westchnęłam. – Chociaż nie. Ty jesteś gorszy. Ty mówisz wszystko, co myślisz. Ja czasem sobie odpuszczam.
Noah zaśmiał się pod nosem.
– To pogadamy za jakieś trzy drinki.
– Och, chodź w końcu. W przeciwieństwie do ciebie, ja nie zapominam że jestem zaręczona – pomachałam mu pierścionkiem przed oczami i pierwsza poszłam w stronę naszego stolika.
Kyle i Mandy już siedzieli obok siebie. Znaczy, obok siebie. Mandy siedziała mu na kolanach, a on mocno ja obejmował. Oho. Zrealizowała swój plan.
– Coś nas ominęło? – zapytałam ze śmiechem.
– Mówiłem, że potrzebuję godnego towarzystwa – zauważył Kyle, całując Mandy w szyję. – Także wybacz, Noah, ale Mandy cię podsiadła.
– Jakoś się zmieszczę – odparł Noah, siadając obok nich. – Ash, masz szlugi?
– Pytasz, a wiesz – uśmiechnęłam się, podając mu paczkę papierosów i zapalniczkę.
Upiłam łyk ze swojej szklanki. Drink wchodził o wiele lepiej, niż czysta whisky.
Ktoś zamówił kolejne shoty. Zaraz potem następne. Alkohol lekko zaczął szumieć mi w głowie. Pewnie każdemu z nas. Może za wyjątkiem Noah. I Michaela i Aaliyah, którzy dołączyli w międzyczasie. Siedział wygodnie, z jedną nogą założoną na drugą i bez pytania częstował się kolejnymi papierosami. I, cholera, z każdą kolejką coraz bardziej mi się podobał. I coraz bardziej miałam ochotę powiedzieć mu to wprost.
Wstałam jakby od niechcenia.
– Ktoś chce drinka? – zapytałam.
– Ja! – Noah zgłosił się jako pierwszy.
– Ciebie nie pytałam. Twoją odpowiedź znam. Pytałam reszty.
Wszyscy spasowali.
– Faktycznie jesteście ciency – prychnęłam. – Chodź, Noah. Przynajmniej ty potrafisz dotrzymać mi tempa.
– Dalej czekam, aż odpuścisz – mruknął.
Zamówiłam dwie szklanki whisky i zapłaciłam, zanim Noah zdążył się odezwać.
– Ja pozwoliłam ci poczuć się jak mężczyzna wychodzący na drinka z koleżanką, to ty pozwól mi się poczuć jak nowoczesna dziewczyna, która tego nie oczekuje – powiedziałam, podając mu drinka. – Ale chodź z tym na zewnątrz. Muszę się przewietrzyć.
Poszedł za mną. Usiadłam na jakimś niskim murku i głęboko zaciągnęłam się powietrzem. Tego mi było trzeba.
Noah usiadł obok mnie. Tak blisko, że stykaliśmy się ramionami. Nie było to ani trochę nieprzyjemne. Wręcz wskazane. Jego ciepłe ciało doskonale kontrastowało z chłodnym powietrzem na zewnątrz. Aż miałam ochotę się do niego przytulić. I zresztą to zrobiłam.
– Ashley… – szepnął, jakby ostrzegawczo.
– Przytul mnie, zanim zamarznę – odparłam lekko.
– Trzeba było wziąć kurtkę, zamiast świecić cyckami przez cały wieczór – wzruszył ramionami, ale lekko mnie objął.
– Nie mów, jakbyś nie patrzył na nie przez cały wieczór – mruknęłam, ostrożnie się w niego wtulając.
Przepadłam w sekundę. Pachniał obłędnie. Jego słodkie, drzewne perfumy zmieszały się z zapachem whisky i papierosów. Od razu skojarzył mi się z moim ukochanym zapachem. Z czymś bardzo znajomym. Ze sceną.
– Wszystko okej? – zapytał z troską.
Przytaknęłam.
– Pachniesz jak scena – przyznałam. – Totalnie.
W odpowiedzi nachylił się niżej, jakby chciał dokładniej wyczuć zapach moich perfum. A sama dobrze wiedziałam, że są ładne.
– A ty jak grzech – odpowiedział cicho. – Znaczy… ładnie.
Uśmiechnęłam się.
– Słyszałam to pierwsze. I cholernie mi się podoba to porównanie – szepnęłam, przysuwając się bliżej.
Nie odsunął mnie. Uniósł mój podbródek do góry i delikatnie pogładził mnie kciukiem po policzku. Jakby do końca nie wiedział, czy może. A ja wypiłam już dość dużo, żeby było mi wszystko jedno.
– Nie mów tak do mnie – poprosił. – Jeszcze jedno słowo i nie będę potrafił się powstrzymać.
– Nie musisz.
Noah przez chwilę myślał, że się przesłyszał.
– Co proszę?
– Nie powstrzymuj się. Jeśli przez chwilę poczujesz się od tego lepiej, to pocałuj mnie.
Niepewnie przysunął się bliżej. Popatrzył mi prosto w oczy. Z tak bliska wydały mi się jeszcze ładniejsze. Miał je niemalże czarne.
Złożył na moich ustach krótki pocałunek. Jakby chciał się tylko upewnić, że naprawdę tu jestem i to mu się nie śni. Jego zmieszanie było wręcz dziwne przy tym, jak się zachowywał i jak otwarcie mówił, że mu się podobam.
Dopiero po chwili naprawdę mnie pocałował. Mocno, głęboko, zachłannie. Przepadłam niemal od razu. Ale nie na tyle, żeby się zakochać. Był doskonały. Fizycznie. Bo psychicznie… nie poczułam zbyt wiele. On pewnie też nie. Uważał mnie za atrakcyjną, ja jego zresztą też. To było po ludzku cholernie przyjemne. Ale nie było w tym żadnych emocji. Prócz tej małej, maleńkiej myśli, że wypiłam już dość, żeby go przelecieć, gdyby nie fakt, że oboje byliśmy w związku.
Odsunął się ode mnie. Swoją dłoń położył na mojej. Przez chwilę żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Ja wiedziałam tylko tyle, że trudno będzie udawać, że nic się nie stało.
On odezwał się pierwszy. Krótko, prosto, ale trafnie.
– Dzięki.
