Rozdział V
Kennan
Korytarz, w który mnie wprowadziła, był długi, wąski i oświetlony mdłym światłem lamp wiszących nisko nad głową. Stąpałam cicho, słysząc, jak echo moich kroków odbija się od kamiennych ścian. Kobieta szła kilka kroków przede mną – drobna, jasnowłosa, z ramionami lekko zgarbionymi. Po chwili odwróciła się przez ramię, jej twarz rozjaśniał niewielki, uprzejmy uśmiech.
— Jestem Amy. Zaraz dotrzemy do głównej sali. Tam czekają już pozostali kandydaci.
Zerknęła na mnie przez ramię.
— Byłaś ostatnia. Niektórzy by się tym przejęli, ale może to nawet lepiej. Przynajmniej ominęło cię część stresu.
Przez chwilę przyglądałam się jej ukradkiem. Była niska, o jasnych włosach splecionych w warkocz, z twarzą, która wyglądała bardziej na dziecko niż na kogoś, kto ma tu jakąkolwiek władzę. Miała w sobie coś z maskotki – niewinność i miękkość, które nie pasowały do szarości korytarzy. Zastanawiałam się, czy taka otwartość to tylko maska, czy naprawdę ktoś taki istnieje w tym miejscu.
— Spodziewałaś się, że ktoś taki będzie cię oprowadzał? — Amy zagadnęła nagle, zerkając na mnie przez ramię z szerokim uśmiechem. — Zawsze mówią, że nie pasuję do tej roboty. Ale chyba łatwiej rozmawiać z kimś, kto nie straszy, prawda?
Parsknęłam pod nosem. — Zależy, kogo pytasz — rzuciłam krótko, nie mogąc powstrzymać się od lekkiego sarkazmu.
Amy zachichotała. — O, czyli jednak trafiłam na twardzielkę! No to dobrze, bo czasem trafi się ktoś, kto myśli, że zaraz go zjem. — Jej radosny ton łagodził napięcie, nawet jeśli nie próbowałam tego okazać.
Szłyśmy jeszcze kilka chwil w milczeniu. W końcu Amy zatrzymała się przy ciężkich, drewnianych drzwiach.
— To tutaj — powiedziała cicho, wskazując na wejście. — W środku są wszyscy pozostali. Znajdź sobie miejsce. Zaraz ktoś przyjdzie i powie wam, co dalej z rekrutacją. Ja muszę wracać, ale… jeśli będziesz czegoś potrzebowała, znajdziesz mnie niedaleko. — Uśmiechnęła się jeszcze raz, szczerze i niemal rozbrajająco.
— Jasne. Dam sobie radę — mruknęłam, nie siląc się na uprzejmości.
Amy jeszcze chwilę się wahała, jakby chciała coś dopowiedzieć, ale tylko skinęła głową i zniknęła za rogiem, zostawiając mnie z zapachem cytrusowych perfum.
Zanim weszłam do środka, jeszcze przez moment słuchałam odgłosów korytarza. Potem przekroczyłam próg, gotowa na kolejny etap tej gry.
Uderzyła mnie fala światła – tak jasnego, że przez ułamek sekundy widziałam tylko rozmyte plamy. Sala była ogromna, głośna, wypełniona tłumem. Musiało być tu około pięćdziesiąt osób. Jedni stali w małych grupach, inni samotnie pod ścianami. Wystarczyło jedno spojrzenie, by dostrzec napięcie – zaciśnięte dłonie, nerwowe ruchy i spojrzenia rzucane w stronę drzwi.
Ruszyłam w głąb pomieszczenia. Na tle pozostałych wyróżniał się jeden chłopak. Rozczochrane włosy, nowiutki pancerz, niepewne spojrzenie. Bardziej pasował do biblioteki niż do grupy najemników. Wyglądał, jakby chciał się schować za własnym cieniem.
Zatrzymałam na nim spojrzenie tylko na moment. Raczej wyglądał na kogoś, kto jeszcze nie zrozumiał, gdzie trafił.
Poprawiłam pas z bronią i przesunęłam wzrok dalej. Pod jedną ze ścian stała grupka napakowanych chłopaków, którzy wymieniali się cichymi docinkami i spojrzeniami, pełnymi tej specyficznej pewności siebie, która zwykle kończy się bójką. Ich postawa i wyzywające miny mówiły wszystko: szukali pretekstu.
Reszta kandydatów była zajęta własnymi sprawami – ktoś ćwiczył szybkie ruchy dłoni, ktoś wyciągał broń z pochwy i z powrotem, jeszcze inni szeptali coś do siebie z wyraźnym niepokojem w oczach. Każdy próbował znaleźć dla siebie kawałek przestrzeni.
Wybrałam miejsce pod oknem, z dala od centrum sali. Oparłam się o zimny mur i pozwoliłam sobie na krótką obserwację. W tłumie nie szukałam sprzymierzeńców, ale nie zamierzałam też prowokować żadnego konfliktu. Przez moment poczułam ciężar spojrzenia – odwróciłam głowę w stronę chłopaka z rozczochranymi włosami. Nasze oczy spotkały się na sekundę. Uśmiechnął się niezdarnie, jakby chciał dodać sobie odwagi, a potem szybko spuścił wzrok.
Zastanawiałam się, jak długo ktoś taki wytrzyma w tym miejscu. Przez krótką chwilę przemknęła mi myśl, żeby ostrzec go przed grupą osiłków. Natychmiast ją odrzuciłam. Nie był moim problemem. Drzwi po drugiej stronie sali otworzyły się z trzaskiem.
Do pomieszczenia wsunęło się kilka osób, niektórzy z twarzami zasnutymi maskami wyuczonych min. Ich ruchy były ciche, niemal bezszelestne – jakby już na wejściu chcieli pokazać, że nie mają zamiaru tu przegrywać. Na końcu pojawił się Emrys. Rozmowy ucichły niemal natychmiast.
Emrys rozejrzał się po sali, zatrzymując wzrok na każdym z nas, jakby ważył nasze przyszłości. Milczał tak długo, aż w sali zapanowała absolutna cisza.
Mimowolnie wyprostowałam się, kiedy jego spojrzenie padło na mnie. Był jak zagadka, której nie sposób rozwiązać – irytujący do granic, a jednocześnie… niebezpiecznie intrygujący.
Dopiero po dłuższej chwili cicho odchrząknął, przełamując napięcie. Jego głos był spokojny, twardy jak stal i pozbawiony emocji. Ale w tej pozornej neutralności krył się rozkaz.
— Nie będę powtarzał oczywistości. Każde z was widziało, na co się pisze, rekrutując się tutaj. Przeszliście pierwszy etap selekcji. Gratuluję — ale nie liczcie na łatwą drogę. Docelowo zostanie was tylko pięcioro.
Zrobił pauzę, pozwalając, by słowa opadły ciężko na zgromadzonych.
— Przez najbliższe pięć miesięcy będziemy was testować, sprawdzając, czy naprawdę zasługujecie na miejsce w głównej załodze. Szczegóły tych prób pozostaną tajemnicą. Musicie wiedzieć tylko jedno: co tydzień dwie osoby będą odpadać. Każda decyzja będzie ostateczna.
Kątem oka zauważyłam, jak niektórzy rekruci prostują się gwałtownie, zaciskając dłonie na ramionach lub ukrywając je w kieszeniach. W tłumie przebiegł ledwie słyszalny szmer. Ktoś z tyłu nerwowo przełknął ślinę. W tym miejscu nie było miejsca na litość ani na drugie szanse.
— Gdy zostanie was dziesięciu — ciągnął Emrys — podzielimy was na dwa zespoły po pięć osób. Obie grupy będą rywalizować – tylko jedna przetrwa. Zasady będą jasne dopiero wtedy, gdy sami się przekonacie, jak szybko można tu stracić wszystko.
Jego słowa miały w sobie coś, co sprawiało, że nawet najbardziej pewni siebie milczeli.
— Przez cały ten czas otrzymacie wynagrodzenie zgodnie z umową — dodał, jakby pieniądze mogły cokolwiek zmienić.
Zamilkł, a cisza, która po nim zapadła, była jeszcze bardziej dojmująca. Obrzucił zgromadzonych uważnym spojrzeniem, jakby szukał choćby śladu buntu lub zwątpienia. Ktoś po mojej lewej odwrócił wzrok, unikając bezpośredniego kontaktu. Inny, drobny chłopak z końca sali, wydawał się wręcz blady. Nawet ja poczułam, że moje dłonie są chłodne, choć przecież powinnam była być przyzwyczajona do presji.
— Czy są jakieś pytania? — zapytał chłodno, nie spuszczając z nas wzroku.
Odpowiedziała mu głęboka cisza. Przez moment miałam wrażenie, że nawet powietrze wstrzymało oddech.
— Tak myślałem.
Skinął głową w stronę dziewczyny, stojącej przy drzwiach. Jej twarz była nieodgadniona – ani cień uśmiechu, ani zniecierpliwienia. Po prostu czekała.
— Amy poda wam numery waszych pokoi — rzucił krótko.
Bez zbędnych słów, z tą samą spokojną pewnością siebie, Emrys skierował się do wyjścia. Drzwi zamknęły się za nim z miękkim stuknięciem.
Zostaliśmy sami. Przez chwilę nikt się nie poruszył. Widziałam, jak niektórzy patrzą po sobie niepewnie.
Dopiero gdy echo jego kroków zniknęło na korytarzu, Amy odchrząknęła, przyciągając naszą uwagę. W ręku trzymała listę, którą zaczęła czytać z beznamiętną precyzją. — Jak na razie będziecie mieszkać w pokojach dwuosobowych — poinformowała. — Jeśli przejdziecie pełną rekrutację, dostaniecie własne pokoje. O poranku odbędzie się zbiórka, podczas której dostaniecie harmonogram na pierwszy tydzień.
Podeszła do stołu, rozłożyła notatnik i zaczęła sprawdzać listę nazwisk. Rozdzielała kwatery pod względem przybycia.
Kandydaci wychodzili pojedynczo lub w parach, niektórzy rzucali sobie krótkie, zmęczone spojrzenia. Mimowolnie poprawiłam pas z nożami. Większość kandydatów zdążyła już wyjść, a ci, którzy zostali, rozmawiali jeszcze cicho w niewielkich grupkach. Nie słuchałam, o czym. I tak brzmiało to jak mieszanka domysłów.
— Kennan!
Odwróciłam się. Amy siedziała przy stole z otwartym notatnikiem i energicznie machała do mnie ręką. Ruszyłam w jej stronę, ale nie tylko ja. Z drugiego końca sali podeszła również dziewczyna o jasnych włosach związanych wysoko w koński ogon. Była niewiele niższa ode mnie, szczupła i wyprostowana. Poruszała się pewnie, jakby od początku wiedziała, że tu zostanie.
Amy pochyliła się nad notatnikiem, coś szybko zanotowała, a ja mimowolnie spojrzałam na blondynkę. Ona już patrzyła na mnie. Bez uśmiechu. Bez ciekawości. Chłodno, prawie oceniająco, jakby próbowała od razu ustalić, czy stanowię problem. Nie odwróciłam wzroku.
— Nerys i Kennan. Pokój dwadzieścia pięć — przerwała nasze nieme przeciąganie liny Amy. — Wyjdziecie stąd korytarzem w lewo, potem schodami na górę i w prawo…
Urwała, zerkając do notatek.
— Chociaż właściwie… byłyście ostatnie. Mogę was odprowadzić. Pokoje wyższej kadry są piętro wyżej, więc i tak idę w tamtą stronę.
Nie czekając na odpowiedź, zatrzasnęła notatnik i ruszyła w stronę drzwi.
Podążyłyśmy za nią w milczeniu. Nerys szła krok przede mną, nie oglądając się – jej ruchy były płynne, prawie wojskowe. W korytarzu echo naszych kroków odbijało się od kamiennych ścian, a światło lamp rzucało długie, poszarpane cienie. Weszłyśmy po schodach, skręciłyśmy w kolejny korytarz, aż Amy zatrzymała się przed drzwiami z numerem 25.
— To wasz pokój. — Otworzyła drzwi, wpuszczając nas do środka. — Rano zbiórka na głównym dziedzińcu. Lepiej nie spóźnijcie się już pierwszego dnia.
Zamknęła za sobą drzwi, zostawiając mnie sam na sam z Nerys.
Zrobiłam kilka kroków w głąb. Pokój był surowy. Dwa łóżka, dwa biurka, stara szafa i kamienne ściany, od których ciągnęło chłodem. Na parapecie stała uschnięta roślina – jedyny ślad po kimś, kto próbował uczynić to miejsce bardziej żywym.
Milczałyśmy, każda z nas mierzyła wzrokiem nową przestrzeń i, pewnie, tę drugą. Nerys jako pierwsza ruszyła do łóżka bliżej okna i rzuciła na nie swoją torbę, jakby tym gestem oznaczała teren. Ja wzruszyłam ramionami i zajęłam drugie łóżko, z dala od przeciągów i światła. Czułam, jak napięcie powoli opada, ale pod skórą wciąż drgał niepokój. W tej chwili nie zamierzałam rozpoczynać rozmowy — nie było sensu wdawać się w jałową uprzejmość z kimś, kto prawdopodobnie wkrótce stanie się moją rywalką.
Oparłam się o ścianę. W powietrzu unosił się zapach mydła. Mieszał się z wilgocią starych kamieni i ledwie wyczuwalną stęchlizną.
Nerys zaczęła rozpakowywać rzeczy. Ani razu nie spojrzała w moją stronę, nie zagadnęła, nie zadała żadnego pytania. I dobrze. Nie miałam ochoty na wymianę grzeczności. W milczeniu zabrałam się za własny bagaż, układając ubrania w szafie, wkładając broń w szczelinę materaca, chowając notatnik do szuflady biurka. Każdy ruch był celowy — chciałam mieć pewność, że wszystko mam pod ręką, na wypadek gdyby ten pokój okazał się mniej bezpieczny, niż się wydaje.
Przez kolejne minuty słychać było tylko szelest tkanin, stukot zamykanych szuflad i cichy trzask drzwi szafy. W pewnym momencie nasze spojrzenia spotkały się przypadkiem. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć. Jedynie odwróciła wzrok, a każda z nas zajęła się sobą, jakby chciała udowodnić, że potrafi przetrwać w samotności, nawet mając współlokatorkę tuż obok. Mimo to, gdzieś pod powierzchnią, czułam napięcie — ten rodzaj cichej rywalizacji, która zaczyna się zanim padnie pierwsze słowo.
W końcu usiadłam na łóżku, oparłam plecy o zimną ścianę i zamknęłam na chwilę oczy. Pozwoliłam myślom odpłynąć — na tyle, na ile mogłam sobie pozwolić w miejscu, gdzie nawet cisza wydawała się podejrzana. Jutro miał być pierwszy dzień, pierwszy test, pierwsza prawdziwa próba. Ale tej nocy, w tym chłodnym pokoju, z obcą dziewczyną po drugiej stronie, liczyło się tylko to, żeby nie okazać słabości.
Jutro ktoś zrobi pierwszy krok ku głównej załodze. Ktoś inny zrobi pierwszy krok do odpadnięcia.
