Wielkość tekstu:

Prolog

Prolog

Biegnij.

To słowo przecięło noc niczym sztylet — nie wydane ustami, lecz wbite w jej świadomość z brutalną siłą. Na chwilę cały świat zamarł; ciało stało się nagle sztywne, a oddech ugrzązł gdzieś między gardłem a umysłem. Dopiero głos męża, znajomy, lecz jednocześnie obcy, ostry jak brzytwa, wyciągnął ją z tego zawieszenia. Gęsty, gryzący dym oplatał jej nogi, piekł oczy i gryzł w gardło.

W dłoni męża błysnęło zakrzywione ostrze, z którego spływała świeża krew.

— Oni ją chcą — rzekł, a te słowa zabrzmiały bardziej jak rozkaz niż prośba.

— Ruszaj — dorzucił.

Instynkt zwyciężył strach. Kobieta zacisnęła niemowlę kurczowo przy piersi, czując na skórze jego ciepło. Jeszcze przez moment zawahała się – czy naprawdę uda jej się je ochronić? Wiedziała przecież, że to niemożliwe. Zawiodła.

Ruszyła przez las.

Liście szeleściły pod stopami, gałęzie biły w ramiona, a powietrze było ciężkie, pełne wilgoci i zapachu dymu. Każdy krok rozrywał ciszę nocy, a mięśnie coraz bardziej odmawiały posłuszeństwa. Strach przeradzał się w coś innego — w rozpacz, niemal namacalną. Za plecami niosły się odgłosy walki — metaliczne trzaski, tłumione jęki. Było ich czterech. On powstrzymał trzech. Czwarty pędził za nią.

Czuła jego obecność jak lodowaty dreszcz przebiegający przez kręgosłup.

Zanim dotarł do niej świst ostrza, poczuła ból – ostry, palący – przeszywający ciało. Upadła. Udało jej się przychylić tak, by ochronić dziecko przed upadkiem. Ziemia pod nią była twarda, przesycona zapachem popiołu i cierpienia.

Z gęstego dymu wyłonił się cień. Twarz skrywała maska a ostrze spowijała krew – jej krew.

Niemowlę, dotąd ciche i spokojne, nagle zapłakało — lecz to wystarczyło, aby rozdzierał noc skuteczniej niż krzyk. Kobieta, resztkami sił, wyciągnęła dłoń, a serce roztrzaskiwało się na kawałki pod ciężarem winy i bezradności.

Jeszcze wczoraj się śmiała z maleńką dłonią zaciskającą się na jej palcu. Teraz każdy wdech stawał się nieustanną walką. Nie o siebie — o nią. O jej córkę. O to, kim może się stać.

— Proszę… — wyszeptała w pustkę.

Nie usłyszała odpowiedzi.

Mężczyzna z okrucieństwem wyrwał dziecko z jej ramion. Przez ulotną chwilę ich spojrzenia się spotkały, dym zgęstniał, pochłaniając go bez reszty.

I nie było już nikogo. Ani jego, ani tych trzech. Jakby nigdy nie istnieli.

Została tylko cisza.

Las milczał — niemal jakby żałował tego, co właśnie przeminęło.