Rozdział I
Kennan
Stałam na środku ołtarza. Otaczały mnie marmurowe kolumny, na końcu których stały dwa posągi. Pokazywały dwa różne kierunki, jakby chciały przekazać, że w tym miejscu krzyżują się wszelkie drogi. Przedstawiały uosobienie Hekate, Panią rozdroży i wszelkiej magii. Przez kolorowe witraże sączyło się mleczne światło księżyca, zostawiając na popękanej posadzce smugi chłodnego błękitu. Złote i szafirowe refleksy ślizgały się po kałużach krwi, odbijając się na ścianach w nierealnych, rozmytych wzorach. Cienie rzucane przez witraże tańczyły na martwych twarzach, jakby sama bogini śmierci przeszła przez to miejsce, zostawiając po sobie oddech nocy.
Wokół mnie leżało dwadzieścia ciał – zesztywniałe, wykrzywione w grymasie zaskoczenia lub strachu, z otwartymi ustami, jakby próbowały jeszcze raz zaczerpnąć powietrza, które już dawno opuściło ich płuca. Niektórzy mieli oczy szeroko otwarte, wbite w sklepienie świątyni, inni zaciśnięte powieki, jakby śmierć przyszła nagle, bez ostrzeżenia. Ich dłonie, kiedyś silne, teraz bezwładnie rozrzucone na zimnym kamieniu, nie trzymały już broni – leżała obok, zbędna, opuszczona.
Po posadzce rozlewała się wielka plama krwi, której sama utoczyłam. Gęsta, ciemna ciecz powoli wsiąkała w szczeliny pękniętego kamienia, barwiąc go na brunatno. W miejscach, gdzie krew spływała wolniej, tworzyły się nieregularne plamy, które przypominały mapy nieistniejących światów. Pod butami czułam śliską, lepką powierzchnię. Każdy krok był ostrożny, mechaniczny, jakby ziemia próbowała wciągnąć w siebie dowody tej nocy.
Zapach był duszny, metaliczny – wgryzał się w nozdrza i język. Czułam go na podniebieniu, jakby wsiąkał również we mnie, zostawiając trwały ślad na języku i w gardle. Wilgoć świątyni, przesycona śmiercią, przenikała ubranie, przyklejała się do skóry, sprawiając, że każdy oddech wydawał się cięższy.
Nie było mi ich żal. Litość, współczucie – to pojęcia, które dawno temu wykorzeniła ze mnie organizacja. Byli tylko celami, a cele trzeba likwidować. Tę zasadę wpajano mi od najmłodszych lat, aż wrosła we mnie głębiej niż krew, którą właśnie rozlałam. Przypomniałam sobie głosy instruktorów z dzieciństwa, chłodne spojrzenia i brutalne lekcje: „Zawahanie to śmierć. Chłód to przetrwanie. Zadanie to wszystko”.
Podniosłam jedną z broni, które leżały pośród zwłok – falkatę, greckie ostrze, które jeszcze przed chwilą było narzędziem mojego przeciwnika. Teraz należała do mnie: ciężka od krwi, idealnie wyważona. Wytarłam klingę o brudną szatę martwego, nie próbując nawet zapamiętać jego twarzy. Broń, którą trzymałam, stała się przedłużeniem mojej woli – narzędziem, które znało tylko rozkaz, nigdy litość.
Przytwierdziłam falkatę do czarnego niczym smoła pasa, gdzie już spoczywały dwa sztylety – znajome, pewne, zabójcze. Metal szczęknął cicho, gdy każda broń znalazła swoje miejsce. „Przezorny zawsze ubezpieczony” – ta myśl była we mnie jak cichy refren, powracający za każdym razem, gdy kończyłam podobną noc.
Spojrzałam na własne dłonie: palce lepkie od zaschniętej krwi, paznokcie zabarwione na czerwono. Na nagich ramionach zasychały brudne smugi, a czarne ubranie chłonęło kolejne plamy, jakby mogło ukryć wszystko, co zrobiłam. Czułam, jak materiał przylega do skóry, szorstki, wilgotny, ciężki. Każdy ruch przypominał o tym, co się wydarzyło – nie pozwalał zapomnieć.
Wyszłam z przygaszonego wnętrza świątyni, zostawiając za sobą cichą symfonię śmierci. Drzwi zamknęły się za mną z głuchym, przeciągłym jękiem, jakby same próbowały zatrzymać w środku to, co nie powinno wyjść na światło dzienne. Na zewnątrz noc była ciężka; powietrze nasycone było wilgocią, która osiadała na skórze niczym druga skóra. Aromat mokrej ziemi i butwiejących liści splótł się z metalicznym posmakiem krwi, który wciąż czułam na ustach i dłoniach.
Przez chwilę stałam bez ruchu na stopniach świątyni, pozwalając, by chłód nocy wniknął w mięśnie i uspokoił przyspieszony puls. Oddychałam głęboko, wciągając w płuca ten znajomy, niemal pierwotny zapach – leśny, ciężki, przywodzący na myśl dzieciństwo i pierwsze lekcje przetrwania. To właśnie w takich chwilach, gdy świat zamierał na granicy dnia i nocy, moje ciało rozluźniało się naprawdę, a umysł na moment tracił czujność.
Ruszyłam przed siebie ciemną uliczką, gdzie bruk był nierówny, a kałuże odbijały księżycowe światło w nieregularnych, srebrnych plamach. Każdy krok rozbrzmiewał w ciszy echem — stukot butów zlewał się z odległymi odgłosami miasta, ledwie słyszalnymi przez grube mury i gęste powietrze. Światło latarni było tu słabe, rozproszone mgłą, która snuła się nisko przy ziemi, ukrywając to, co nie powinno zostać zauważone.
Przelotnie zerknęłam na swoje ramiona — nie widziałam nowych ran ani zadrapań, jedynie ślady cudzej krwi. Czułam, jak każdy ruch rozciąga tkaninę, przypominając o tym, co wydarzyło się w świątyni — jakby sama odzież była świadkiem i powiernikiem moich grzechów.
Mijałam kilku przechodniów — mężczyznę z pochyloną głową, kobietę z koszem, dziecko prowadzone za rękę przez matkę. Każdy z nich unikał mojego wzroku, przyspieszał kroku, jakby miał nadzieję, że wtopi się w mrok i zniknie. W tej części miasta nie zadawało się pytań. Nikt nie chciał być świadkiem, nikt nie chciał zapamiętać twarzy. Moralność była tu luksusem, na który nieliczni mogli sobie pozwolić. W takich miejscach nawet sumienie milknie, przytłumione ciężarem codzienności.
Szłam przez labirynt wąskich, krętych uliczek, mijając zamknięte okiennice i brudne szyby, za którymi czasem mignęło blade światło świecy albo cień poruszający się w głębi. Noc była jeszcze młoda, ale miasto wydawało się spać — albo raczej czuwać w bezruchu, czujne i nieufne jak ranny zwierz.
Po kilku zakrętach dotarłam do wynajętego na czas misji lokum. Budynek był stary, tynk odpadał płatami, a drewniane drzwi z trudem ustępowały pod moją dłonią. Uchylając je, uderzył we mnie zapach stęchlizny. Skrzypiące schody prowadziły na piętro, gdzie czekał na mnie pokój — ciasny, o obdrapanych ścianach, z łóżkiem, które wyglądało, jakby lada moment miało się rozpaść. Jedyną jego zaletą była łazienka.
Przeszłam przez pokój niemal automatycznie, zrzuciłam pas z bronią na podłogę i weszłam do łazienki. Ubrania zsunęłam z siebie bez cienia żalu i wrzuciłam do kosza. Nie nadawały się już do niczego; były reliktem tej nocy, jej brudną pamiątką. Otworzyłam kran i stanęłam pod prysznicem, pozwalając, by letni strumień wody spływał po mojej skórze. Patrzyłam, jak ciemne smugi zmywane z ramion i dłoni kręcą się chwilę wokół odpływu, by zniknąć w czeluści rur.
Stałam tak długo, aż skóra zaczęła się marszczyć od wilgoci, a mięśnie powoli rozluźniały się w cieple. Woda nie była w stanie zmyć wspomnień, ale przynosiła ulgę zmęczonemu ciału. Przez chwilę wsłuchiwałam się w własny oddech i szum płynącej wody — jedyny dźwięk, który nie był krzykiem, szelestem walki ani echem czyjejś śmierci.
Wyszłam z łazienki, otulona chłodem i ciszą. Nie siląc się na żadne rytuały, rzuciłam się na łóżko. Materac jęknął pod moim ciężarem, a ja pozwoliłam, by zmęczenie pochłonęło mnie bez reszty. Zanim zapadłam w płytki, niespokojny sen, czułam jeszcze na skórze chłód tej nocy, zapach ziemi i odległe echo własnych grzechów, które wciąż odbijały się w mojej głowie.
Poranek przyszedł za wcześnie, rozdzierając mrok mojego snu szarą poświatą wlewającą się przez brudne szyby. Przez chwilę leżałam bez ruchu, próbując powstrzymać opadające powieki. Nie chciałam dopuścić do siebie świadomości nowego dnia. Każdy mięsień domagał się jeszcze odpoczynku, ale obowiązek był silniejszy niż zmęczenie.
Niechętnie podniosłam się z łóżka i przeciągnęłam, czując, jak w stawach przeskakuje echo wczorajszych napięć. Pukle kasztanowych włosów rozpadły się kaskadami na ramiona. Z wprawą upięłam je spinką w ciasny, schludny kok. W lustrze dostrzegłam cień zmęczenia pod oczami, ale poza tym twarz nie zdradzała emocji.
Sięgnęłam po czyste ubrania – zestaw niemal identyczny jak ten, który zniszczyłam poprzedniej nocy. Top bez ramion z dekoltem halter, długi na tyle, by po naciągnięciu służył za maskę zakrywającą dolną połowę twarzy. Czarne spodnie opinające nogi, nie krępujące ruchów, z materiału odpornego na rozdarcia i plamy. Ubranie było dla mnie tarczą, uniformem, w którym czułam się sobą i nikim równocześnie.
Zebrałam resztę rzeczy do torby – nóż, zapasową spinkę, kawałek suszonego chleba, niewielką fiolkę z olejkiem na rany. Przed wyjściem zerknęłam na swoje odbicie. Byłam gotowa.
Schodząc po schodach, poczułam w powietrzu zapach jabłek. Na podwórzu, tuż przy ogrodzeniu, rosła stara jabłoń; jej gałęzie uginały się pod ciężarem zielonkawych owoców. Podniosłam rękę i zerwałam dwa jabłka – jedno schowałam do kieszeni, drugie ugryzłam od razu. Kwaśny, chrupiący smak rozbudził mnie skuteczniej niż zimna woda. Słodko-kwaśny sok rozlał się po języku; przez chwilę poczułam się jak dziecko, gdy jeszcze wolno mi było sięgać po owoce bez lęku.
Stajnia znajdowała się na uboczu, za zarośniętym podwórzem. Wewnątrz było chłodno i pachniało sianem, końmi i drewnem. Moja klacz, Karmelka, czekała już w boksie – brązowo-biała sierść lśniła w porannym świetle, grzywa była jeszcze nieco potargana od nocnego odpoczynku.
– Hej, tęskniłaś? – zagadnęłam cicho, zbliżając się do niej ostrożnie. Klacz prychnęła i odwróciła się ogonem, udając obojętność, choć widziałam napięcie w jej uszach i ruch nozdrzy.
– No już, już, przecież wiem, że masz chęć na coś dobrego – wyciągnęłam z kieszeni jabłko. W tej samej chwili Karmelka przekręciła głowę z zaciekawieniem. Jej ciemne oczy rozbłysły, gdy dostrzegła owoc. Podałam jej jabłko do pyska; delikatnie chwyciła je wargami i chrupnęła z zadowoleniem, przechylając łeb na bok.
– Czas się zbierać, dziewczyno – pogładziłam ją po szyi.
Wyciągnęłam szczotkę i przez kilka minut wyczesywałam jej grzywę i boki, aż sierść zalśniła świeżością. Założyłam siodło i uprząż, sprawdziłam popręgi i paski. Karmelka stała spokojnie, przyglądając mi się z łagodną cierpliwością, jakby wiedziała, że za chwilę znów ruszymy w drogę.
W końcu wsunęłam nogę w strzemię, odbiłam się lekko i usiadłam w siodle. Ostatni raz spojrzałam na podwórze, na rozpadający się budynek, w którym spędziłam noc. Potem, z cichym poklepaniem po karku klaczy, ruszyłyśmy w stronę organizacji.
Miasto budziło się powoli – tu i ówdzie ktoś otwierał okiennice, w powietrzu unosił się zapach świeżego pieczywa i dymu z kominów. Dla mnie nowy dzień był po prostu kolejną odsłoną gry, w której wygrywa tylko ten, kto przeżyje do końca.
––––––––––––––––––––––
Dojechałyśmy bez najmniejszych przeszkód. Organizacyjna twierdza wznosiła się na wzgórzu, a jej brama – masywna, zbudowana z szaro-czarnego kamienia – wyglądała jak usta potwora gotowego połknąć każdego nieuważnego przybysza. Strażnicy, wpatrzeni w każdy ruch, na mój widok napięli się jak struna. Poznałam ten chłód w oczach – mieszaninę respektu i niechęci, którą wzbudzałam od dziecka.
Zsiadłam z Karmelki i poprowadziłam ją w stronę stajni. Przy drzwiach czekał na mnie Gilbert – stajenny o dłoniach spracowanych, a oczach pogodnych, mimo codzienności pełnej końskiego potu i kurzu. Uśmiechnął się na mój widok.
– Kennan! – zawołał z nutą serdeczności. – Długo cię nie było, dziewczyno. Już myślałem, że tym razem Karmelka wróci sama do mnie.
Karmelka prychnęła i szturchnęła Gilberta w ramię, domagając się uwagi. Znała go niemal tak długo jak ja; zawsze reagowała na jego głos cichym rżeniem i rozbawionym spojrzeniem.
– Przestań kokietować, wiesz, że wracam szybciej niż ktokolwiek inny – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem, głaszcząc Karmelkę po szyi. – Oddaję ci ją pod opiekę, jak zawsze. Daj jej trochę owsa i nie zapomnij o tej jej ulubionej szczotce, bo znowu będzie się złościć.
Gilbert wybuchnął krótkim śmiechem.
– Pilnuję tego lepiej niż własnych zębów! – mrugnął. – I pamiętaj, że jakby co, to twoja klacz ma tu u mnie specjalne względy.
Karmelka jakby potwierdzając jego słowa, pacnęła mnie łbem po ramieniu, po czym oparła pysk o ramię Gilberta, oczekując więcej przysmaków. Pokręciłam głową z rozbawieniem.
– Sie wie – rzuciłam na pożegnanie.
Ruszyłam w stronę głównego budynku, mijając kolejne zabudowania. Weszłam do biura operacyjnego. Za drewnianym, zarysowanym blatem siedziała młoda kobieta o wyrazistych oczach i ustach zaciśniętych w cienką linię. Miała chyba na imię Agnes – znałam ją z widzenia, nie z rozmów. Uniosła wzrok znad papierów.
– Kennan. – Skinęła głową. – Wszystko przebiegło zgodnie z planem?
– Nawet lepiej niż przewidywano – odpowiedziałam, podając raport. – Trochę nudów, trochę krwi, klasyka.
Zerknęła na mnie z czymś na kształt uśmiechu.
– Ty i te twoje „trochę krwi”… Czasem się zastanawiam, czy nie jesteś jakimś mitem organizacji. Każda twoja misja kończy się powodzeniem. Kiedyś Cię o to dokładniej wypytam.
– Tylko nie próbuj pisać mojej biografii. Jeszcze ktoś by uwierzył, że mam szczęście – rzuciłam półżartem, półszczerze.
Odwzajemniła uśmiech, a potem wróciła do papierów.
– Idź odpocząć. Zasłużyłaś, choć pewnie nie na długo.
Skinęłam głową i opuściłam biuro. Szłam przez dziedziniec, gdzie w samym centrum wyrastało potężne drzewo liściaste – jego grube konary rozpościerały się szeroko, rzucając łagodne cienie na kępy trawy i wapienne płyty pod stopami. Pod rozłożystą koroną bawiły się dzieci. Ich śmiech niósł się lekko po powietrzu, dźwięczny i naiwny, jakby nie rozumiały jeszcze, w jak okrutnym świecie przyszło im dorastać. Przez moment poczułam ukłucie zazdrości – o tę chwilową beztroskę, o nieświadomość zła, które kryło się tuż za murami.
Przechodząc obok, zastanawiałam się, ile z tych dzieci jest kolejnym eksperymentem organizacji, nieudanym projektem, czyimś narzędziem do sprawdzania granic możliwości. Czy są takie jak ja kiedyś – sierotami, które nie miały dokąd wrócić, czy może dzieci, którym laboratoria odebrały nawet wspomnienie domu? Byłam jedną z nich, zanim nauczyłam się, że sentymenty są słabością.
Nagle dwie dziewczynki oderwały się od reszty grupy i podbiegły w moją stronę. Jedna miała kędzierzawe, kruczoczarne włosy, które sterczały wokół głowy jak aureola z cieni, druga – proste, białe, niczym śnieg, błyszczące w porannym świetle. Wyglądały jak odbicia w lustrze: jasność i ciemność, dwa przeciwieństwa splecione dziecięcą przyjaźnią. Ich twarze były prawie identyczne, a jednak tak różne, jakby ktoś zaprojektował je według tego samego schematu, lecz zmienił kilka nut w melodii.
Patrzyły na mnie z wyczekiwaniem. Znałam je. Były jednymi z tych dzieci, które organizacja wyhodowała w laboratoriach, dając im życie, ale nie dając prawdziwej wolności. Często widywałam je na dziedzińcu – zawsze razem, zawsze z tym samym błyskiem niepokoju w oczach.
Przykucnęłam obok nich, wiedząc dobrze, czego chciały.
– Dobra, która pierwsza chce na barana? – rzuciłam z lekkim uśmiechem, rozluźniając napięcie, które wciąż trzymało się moich barków jak cień po nieprzespanej nocy.
Dziewczynki spojrzały na siebie i uśmiechnęły się szeroko, ukazując ostre jak u piranii ząbki – ich dziecięca dzikość była czymś więcej niż niewinnością, była ostrzeżeniem i obietnicą. Przez chwilę, gdy patrzyłam w ich oczy, pomyślałam, że może jeszcze nie jest za późno, by choć na moment poczuć coś innego niż chłód obowiązku.
Obie dziewczynki chwyciły mnie mocno – jedna za lewe, druga za prawe ramię, zawisając na nich jak dwa małe nietoperze. Przechyliłam głowę, udając powagę.
– A rozumiem, dzisiaj w menu mamy bączka – mruknęłam, a ich oczy rozbłysły z ekscytacji.
Zgięłam kolana i w jednej chwili uniosłam je lekko do góry. Ich nóżki zwisły na wysokości moich bioder. Zacisnęły palce na moich ramionach, a ja zaczęłam obracać się coraz szybciej wokół własnej osi. Powietrze świszczało w uszach, a wokół nas rozmazywały się kolory dziedzińca. Dziewczynki śmiały się głośno; ich śmiech odbijał się echem od kamiennych murów i liści drzewa nad nami.
Przez moment świat był prosty – tylko ruch, śmiech i dziecięca ufność.
Zabawa jednak została przerwana zdecydowanym, chłodnym tonem.
– Kennan, dowództwo chce się z tobą widzieć.
Zamarłam. Dziewczynki, na dźwięk głosu mojej przełożonej, puściły mnie i umknęły z piskiem, rozbiegając się na boki niczym spłoszone króliczki. Na ich twarzach pojawił się cień lęku, a ich beztroska zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Odwróciłam się powoli w stronę kobiety, która obserwowała nas z nieprzeniknioną miną.
– Dobra, przyjdę tam, jak odpocznę. Dopiero co wróciłam – odpowiedziałam spokojnie, nie kryjąc zmęczenia.
Przełożona zmrużyła oczy, a w jej spojrzeniu pojawił się cień irytacji.
– Dowództwo chce cię widzieć T-E-R-A-Z.
Westchnęłam z rezygnacją, czując, jak napięcie na nowo osiada na ramionach. Ostatni raz rzuciłam spojrzenie w kierunku dziewczynek, które obserwowały mnie z ukrycia spod rozłożystych gałęzi, a potem ruszyłam za przełożoną w stronę pomieszczenia narad.
Każdy krok odbijał się ciężko na kamiennych płytach dziedzińca, a beztroska chwila rozpłynęła się zupełnie – wyparta przez obowiązek, który nigdy nie pozwalał o sobie zapomnieć.
Weszłam do pomieszczenia, a cisza, która nagle zapadła, była niemal namacalna – jakby ktoś jednym gestem odciął dopływ tlenu od rozmów, które jeszcze przed chwilą rozbrzmiewały wśród zgromadzonych. Przerwałam pełną napięcia dyskusję. Każdy wzrok skierował się na mnie, a ciężar tej uwagi, nagły i przytłaczający, osiadł na moich barkach niczym narzucony płaszcz. Czułam, jak atmosfera w sekundę staje się gęsta, jakby nawet światło w pomieszczeniu przygasło na dźwięk moich kroków.
– Witaj, Kennan. Cieszymy się, że wróciłaś do nas w jednym kawałku. Misja, jak mniemam, przebiegła pomyślnie? – Rozległ się chłodny, twardy głos Iriny, kobiety stojącej na czele wszystkich tu zgromadzonych. Jej postawa emanowała powściągliwą, niepodważalną siłą. Twarz, niczym wykuta z lodu, ani na moment nie zdradzała emocji, a spojrzenie – zimne i nieprzeniknione – potrafiło zamrozić słowa na ustach każdego, kto ośmieliłby się jej sprzeciwić. Irina była dla nas wszystkich symbolem dyscypliny i okrucieństwa. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał znaleźć się w kręgu jej niełaski – jej gniew miał reputację, która wyprzedzała ją samą.
Obok niej trwał w milczeniu mężczyzna, którego twarz na zawsze zapisała się w mojej pamięci. Edgar to on był obecny, gdy organizacja po raz pierwszy mnie odnalazła – bezbronne niemowlę, ledwie żywą istotę porzuconą na skraju miasteczka. Nie byłam dla nich dzieckiem – byłam projektem, eksperymentem, próbą ujarzmienia tego, co we mnie drzemało, czegoś, czego bali się nawet oni sami. To właśnie wtedy, w imię kontroli, sprawili mi na ramieniu piętno – znak własności organizacji, dowód, że należę do nich i tylko do nich. Pieczęć byli zmuszeni mi wymrozić; ogień nie był w stanie wyrządzić mi najmniejszej krzywdy. Od tego momentu stałam się ich własnością, narzędziem, któremu nadano numer zamiast imienia.
Ten mężczyzna nadzorował każdy mój krok, obserwował rozwój. Organizacja nie widziała we mnie potencjału, już nie – dla nich byłam porażką, po latach treningów cała moja magia ograniczała się do drobnego, niemal dziecinnego płomienia, którym mogłam się co najwyżej pobawić, nie stanowiąc zagrożenia dla nikogo. Jego dłonie, naznaczone latami walki, czasem wykazywały cień czułości, ale nigdy nie otrzymałam od niego prawdziwego wsparcia. Byłam pod nieustanną obserwacją, testowana i oceniana przez ludzi, którzy widzieli we mnie tylko niewykorzystany zasób.
Byłam im wdzięczna – choć ta wdzięczność była ciężka, podszyta goryczą. Dzięki nim żyłam, lecz życie tutaj oznaczało nieustanną walkę o przetrwanie. Treningi przypominały tortury; upokorzenie ze strony starszych adeptów czy samej Iriny było codziennością. Zawsze starałam się dawać z siebie wszystko, by udowodnić, że nie jestem słabą, wybrakowaną wersją człowieka – nawet jeśli w ich oczach nigdy nie przestałam nią być.
– Jak zawsze. Jaki jest powód tak pilnego wezwania mnie tutaj? Raczej nie wezwaliście mnie tu z tęsknoty – rzuciłam chłodno, nie kryjąc sarkazmu.
Irina skrzywiła się, jakby każde moje słowo było dla niej osobistą zniewagą. Nie odpowiedziała od razu. Za to stojący obok niej mężczyzna parsknął cichym śmiechem; w jego oczach zamigotał cień rozbawienia.
– Nie owijasz w bawełnę, Kennan. To akurat w tobie cenimy – odparł z lekkim rozbawieniem. – Przechodząc do rzeczy, mamy dla ciebie zadanie. Ktoś ukradł nam coś wyjątkowo ważnego. Nie mamy dowodów, że to on i jego podwładni za tym stoją, ale wszystko wskazuje na tego człowieka. Twoim zadaniem jest przeniknąć do jego otoczenia, zdobyć niepodważalne dowody, wszelkim kosztem przechwycić utracony przedmiot, a jeśli potwierdzisz winę – zlikwidować przywódcę. Nazywa się Emrys. Szczegóły znajdziesz w tej teczce.
Irina, nie spuszczając ze mnie lodowatego wzroku, wysunęła w moją stronę czarną teczkę opatrzoną tłoczoną pieczęcią organizacji. Jej gest był powolny, kontrolowany – jakby nawet przekazanie mi dokumentów miało być wyrazem jej przewagi.
– Masz trzy dni na przygotowanie – oznajmiła chłodno. – Po upływie tego czasu wyruszysz natychmiast. Nie przewidujemy opóźnień.
Przejęłam teczkę. Jej chłodna powierzchnia była nieprzyjemna w dotyku – jakby wyciągnięto ją prosto z chłodni, a nie z archiwum. Przelotnie zerknęłam na pierwsze strony, notując w pamięci imiona, daty, tropy. Moja twarz pozostała nieprzenikniona – żadnych emocji, żadnych pytań, żadnej wątpliwości.
– Zrobię, co w mojej mocy – powiedziałam sucho, zatrzaskując teczkę z cichym kliknięciem.
Odwróciłam się na pięcie i pewnym krokiem ruszyłam ku wyjściu. Nie potrzebowałam nic więcej. Na plecami czułam ciężar spojrzeń – mieszankę oczekiwania, nieufności i chłodnej kalkulacji. Drzwi zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem, oddzielając mnie od sali przesłuchań i ludzi, którzy traktowali mnie jak narzędzie – narzędzie, które właśnie zostało ponownie użyte.
