Wielkość tekstu:

Rozdział II

Rozdział II

Kennan

Siedziałam na łóżku, otulona półcieniem wieczoru. Cisza w pokoju gęstniała wokół mnie jak pajęczyna. Plecy opierałam o chłodną ścianę, a na kolanach spoczywała teczka — szara, zagięta, wypełniona chaotycznymi notatkami.

Miała pomóc mi zrozumieć zadanie. Zamiast tego ciążyła jak kolejny problem.

Jedną ręką przesuwałam po szorstkim papierze, drugą zaś bawiłam się płomyczkiem. Ogień skakał mi między palcami jak zręczna moneta, igrając ze światłem i cieniem. Jego blask odbijał się w moich oczach, raz po raz oświetlając fragmenty oblicza, rozdzielone przez roztrzepane kosmyki włosów. Taka zabawa była odruchem – kiedyś nauczyłam się, że ruch płomienia koi myśli. Przynajmniej na tyle, by nie dać im uciec zbyt daleko.

Otworzyłam teczkę. Pierwsze strony to był rutynowy biurokratyczny bełkot: numer sprawy, data, pieczęć organizacji. Przeglądałam je beznamiętnie, szeleszcząc kartkami, aż natrafiłam na właściwy opis. Emrys. To jego miałam śledzić, analizować, a jeśli zajdzie taka potrzeba — zniszczyć. Kolejna sylwetka wśród setek raportów. Ale ten był inny już od pierwszych zdań.

„Czarne włosy, około sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, dobrze zbudowany. Z obserwacji – końcówki czarne, wyglądają na wstęgi wystające z ubrania na bokach szyi. Uszy spiczaste.” Przeczytałam to kilka razy, próbując sobie go wyobrazić. Każde słowo wyciągało przede mną kolejną nitkę niepokoju, którą plątałam w wyobraźni.

Kolejny akapit: „Podejrzenie – magia mgły. Zaleca się dalszą obserwację pod kątem manipulacji mgłą lub zjawiskami pokrewnymi. Obiekt często zmienia miejsce pobytu, wykazuje wysoką mobilność, ostatnio osiadł na prowincji Nythera.”

Zatrzymałam wzrok na tej nazwie. Nythera. Wyraz zapisany zwyczajnym pismem nagle wydał się cięższy, jakby wytłoczony na papierze. Coś w tej nazwie brzmiało boleśnie znajomo, jakby echo zapomnianej melodii. Przymknęłam oczy i pozwoliłam wspomnieniom przemknąć przez myśli, lecz nie znalazłam żadnego obrazu, który by pasował. Nigdy tam nie byłam. A jednak ta nazwa brzmiała w głowie zbyt znajomo, jak na coś, co powinno być obce

Westchnęłam cicho i odłożyłam część przeczytanych już dokumentów na bok. Pozostałe kartki ścisnęłam mocniej, wracając wzrokiem do ostatnich notatek. Po pokoju rozeszło się ledwie wyczuwalne trzaskanie mojego płomyka. Skupiłam się na ogniu, żeby uciszyć myśli, które zaczynały krążyć wokół Nythery i tego, kim naprawdę może być Emrys.

Wtedy poczułam – ostry, gryzący zapach. Najpierw myślałam, że to moja wyobraźnia, bo przecież byłam ostrożna. Ale w następnej chwili usłyszałam ciche syczenie. Otworzyłam oczy szerzej. Jeden z dokumentów, który trzymałam w dłoni, zaczął dymić. Płomyk, nad którym tak beztrosko panowałam, musnął krawędź papieru.

– Kurwa, tylko nie to… – Mruknęłam i rzuciłam się, żeby zgasić rozprzestrzeniający się ogień. Przewróciłam na łóżko kubek z zimną herbatą, próbując przycisnąć wilgotnym rękawem tlący się róg kartki. Za późno. Ogień pochłonął większość dokumentów, zostawiając tylko te kilka stron, które przed chwilą odłożyłam na bok.

Zostałam z niedopowiedzeniem i garścią popiołu. Zmarszczyłam brwi, patrząc na zniszczone papiery. – No i pięknie. To by było na tyle z przygotowania. Jego towarzysze będą dla mnie prawdziwą niespodzianką…

Nagle ciszę rozdarł krótki, drwiący chichot. Zadrżałam lekko, jakby ktoś szarpnął niewidzialną strunę w duszy. Odwróciłam się gwałtownie na łóżku i podparłam na rękach, przyciągając nogi do siebie — dobrze wiedziałam, kto może tak bezczelnie zakłócić mój spokój.

W progu, oparta niedbale o framugę drzwi, stała Zylthia. Jej sylwetka rysowała się ostro na tle światła sączącego się z korytarza. Wyglądała jak żywa karykatura własnej legendy: czapka błazna z dzwoneczkami, które — jak zawsze — nie wydawały żadnego dźwięku. Zamiast tego w powietrzu unosiło się coś innego: nuta złośliwej radości i pewność, że wszystko, co dzieje się w tym pokoju, już dawno jest jej wiadome.

Oczy Zylthii błyszczały rozbawieniem, a w kącikach ust — zszytych nieregularną, czarną nicią — błąkał się cień uśmiechu. Te szwy wyglądały groźnie, nierozerwalnie łącząc jej usta i pilnując, by nie zdradziła niczego, czego nie powinna. Wiedziałam jednak, że z czasem nauczyła się wykorzystywać tę nić równie sprawnie, jak swoje sztuczki — to nie była już tylko broń organizacji, ale i jej własna tarcza.

Rzuciłam w nią poduszką, nie mogąc powstrzymać uśmiechu:

– Z czego rżysz? Wredoto!

Poduszka przeleciała przez pokój, a Zylthia złapała ją z gracją akrobatki, jakby całe życie spędziła w cyrku, nie wśród szarych murów naszego azylu. Jej ruchy były płynne, elastyczne — pozostałość po dawnych czasach, zanim sprzedano ją do organizacji, zanim zaszyto jej usta i odebrano głos.

Uśmiechnęła się szerzej, szwy na ustach napięły się do granic możliwości, aż wydawało się, że zaraz pękną. Śmiech, którego nie mogła wypowiedzieć na głos, drgał w jej oczach i w ramionach. Zamiast słów, zaczęła migać — jej dłonie tańczyły w powietrzu z szybkością, której nie dało się podrobić. To był jej język, jej broń i jej sekret.

— „Oczywiście, że z ciebie. Myślisz, że ktoś inny tak efektownie puszcza rzeczy z dymem? Zawsze zabawnie się patrzy na twoje pokazy, a tu, proszę, zastałam kolejny.”

Przewróciłam oczami, udając, że jej docinki nie robią na mnie wrażenia. Ona tylko wykrzywiła usta w niemy uśmiech, a jej spojrzenie iskrzyło się jeszcze mocniej.

— Serio? — prychnęłam, zrzucając z siebie resztki irytacji.

— „Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś spalił własne przygotowania.”

— Zamknij się.

— „Nie mogę.”

Znów przewróciłam oczami, ale w środku poczułam się lżejsza. Zylthia była mistrzynią wbijania szpilki dosłownie i w przenośni — a zarazem wyciągania mnie z własnych myśli.

— Po co przyszłaś? — mruknęłam, zbierając z pościeli resztki dokumentów.

Zylthia wykonała charakterystyczny gest dłonią, który był czymś pomiędzy zaproszeniem a rozkazem:

— „Obiad. Eilin czeka.”

Na samą myśl o Eilin, tej kochanej, rogatej istotce, poczułam rozlewające się po wnętrzu ciepło. Była dla mnie kimś wyjątkowym — drugim filarem tej dziwnej, poszarpanej rodziny, jaką stworzyłyśmy z Zylthią. Uzdrowicielka, najbardziej ludzka spośród nas, a jednocześnie tak bardzo nie z tego świata. Miała w sobie coś z leśnej nimfy: spojrzenie miękkie i spokojne, ruchy płynne i ostrożne, jakby każdy gest był przemyślany i ważny.

— Dobra, już się zbieram — rzuciłam do Zylthii, z lekkim westchnieniem podnosząc się z łóżka. Przez ułamek sekundy pozwoliłam sobie na luksus wyobrażenia, że czeka mnie normalny dzień — bez zadań, bez tajemnic, bez spalonej teczki i ciężaru decyzji. Tylko ciepło, bliskość i zwyczajny obiad.

Wyszłyśmy razem na korytarz, gdzie światło lamp odbijało się złotymi smugami od ścian. Słychać było stłumione głosy, szmer rozmów i śmiech dobiegający z oddali. Przez chwilę szłyśmy obok siebie w milczeniu — Zylthia ze swoją płynną gracją i ja, jeszcze nie do końca obecna, wciąż z resztkami popiołu pod paznokciami.

Przy jednym ze stolików — tym pod oknem, gdzie zawsze siadałyśmy — czekała Eilin.

Gdy nas zobaczyła, jej twarz od razu się rozjaśniła, a na ustach pojawił się ten jej łagodny, ciepły uśmiech. Uniosła dłoń i pomachała lekko, jakbyśmy nie widziały się zaledwie kilka godzin, a nie po całej misji.

Jasne włosy opadały jej miękko na ramiona, połyskując w świetle lamp, a spomiędzy nich mignęły subtelne, zakrzywione rogi — delikatne, niemal jak ozdoba, a jednak przypominające, że nie była do końca z tego świata.

Było w niej coś kojącego. Coś, co sprawiało, że napięcie powoli opuszczało ciało.

Ruszyłyśmy w jej stronę.

Gdy tylko usiadłyśmy przy stole, codzienność i troski rozpłynęły się gdzieś w tle, ustępując miejsca temu ciepłu, które zawsze pojawiało się, gdy byłyśmy razem. Eilin przesunęła w moją stronę talerz — jej dłonie były delikatne i pewne, jakby każdą czynność wykonywała z uważnością, której mnie często brakowało.

— Myślałam, że znowu wrócisz cała we krwi — odezwała się z łagodnym uśmiechem, ale w głosie pobrzmiewał lekki wyrzut, jak u kogoś, kto zbyt często musiał łatać moje rany.

Parsknęłam cicho, sięgając po łyżkę.

— Tym razem się powstrzymałam. — Wzruszyłam ramionami. — Tylko trochę rozlałam.

Zylthia, która już zajmowała miejsce naprzeciwko, uniosła brew i zaczęła migać:

— „”Trochę”, mówi. Dla niej „trochę” to jak dla normalnych ludzi rzeź.”

Przewróciłam oczami, opierając się wygodniej o krzesło.

— Zazdrosna? — rzuciłam, rzucając jej wyzywające spojrzenie.

Zylthia uśmiechnęła się szeroko. Stuknęła palcem w zszyte wargi, po czym pokazała gest, który znałyśmy już aż za dobrze:

— „Ja przynajmniej nie robię bałaganu”.

Eilin wybuchła śmiechem — kosmyki zadrżały wokół jej twarzy, a dźwięk jej głosu rozjaśnił ten pochmurny dzień. Było w tym coś pierwotnego, czystego — śmiech Eilin zawsze działał oczyszczająco, jak rosa na liściach po burzy.

— Naprawdę się cieszę, że wróciłaś — powiedziała po chwili ciszej, patrząc na mnie z tą swoją przejmującą, bezbronną szczerością. — Za każdym razem trochę się boję, że…

Urwała, a jej spojrzenie zbiegło gdzieś na blat stołu. Przez moment w powietrzu zawisło napięcie, przerwane tylko przez cichy stukot widelca Zylthii o ceramikę talerza.

— …że nie wrócę? — dokończyłam za nią, próbując zabrzmieć lekko, choć sama poczułam, jak serce ścisnęło się na sekundę. Nigdy nie umiała kłamać, a ja nigdy nie chciałam, by musiała się o mnie martwić.

Nie zaprzeczyła. Zamiast tego Eilin, jakby chcąc rozwiać ciężar tej chwili, odgarnęła włosy za ucho i uśmiechnęła się blado.

Cisza zrobiła się gęsta, lecz nie była nieprzyjemna — raczej jak miękka kołdra, która pozwala na moment się zatrzymać. Słyszałam tylko ciche oddechy, brzęk naczyń i szmer rozmów z innych stolików.

— Ej — mruknęłam, szturchając ją lekko łokciem. — Jeszcze się mnie tak łatwo nie pozbędziecie.

Zylthia, jakby czekała tylko na ten moment, zamigała natychmiast:

— „Niestety”.

Rzuciłam w nią kawałkiem chleba, który zgrabnie złapała w locie, nie przestając się uśmiechać.

Pokręciła na mnie palcem.

Zamigała szybko:
— „Nunu. Nie wolno tak marnować jedzenia.”

Po czym z rozbawieniem wrzuciła okruszek między szwy.

Wieczór rozlewał się ciepłem po ścianach stołówki. Świat za murami przestawał istnieć — zostawały tylko nasze śmiechy i ciche rozmowy, w których można było na moment odetchnąć.

Nagle Zylthia zamarła w pół gestu. Jej oczy rozbłysły znajomym, szelmowskim blaskiem. W jednej chwili cała jej postawa się zmieniła – jakby właśnie przyszło jej do głowy coś wyjątkowo psotnego. Zanim zdążyłam się odezwać, podniosła dłoń i zamigała do mnie porozumiewawczo, a w jej spojrzeniu pojawiła się ta dobrze znana mieszanka ekscytacji i wyzwania.

– „Słuchaj, a może by tak… podkraść wino z kuchni i zaszyć się w twoim pokoju?” – jej palce zatańczyły w powietrzu, a usta wykrzywiły się w szerokim, łobuzerskim uśmiechu.

Na moment zawahałam się, udając oburzenie, choć w środku już czułam dobrze znane łaskotanie adrenaliny. Przewróciłam oczami, próbując zachować powagę, ale nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu.

– Przecież za każdym razem, gdy wracam, wymyślasz takie akcje – mruknęłam, udając lekką irytację, choć wiedziałam, że właśnie takich chwil najbardziej mi brakowało podczas misji.

– „Tradycja to tradycja” – zamigała, nie odrywając ode mnie spojrzenia, w którym czaiła się iskra buntu.

Eilin spojrzała na nas z lekkim politowaniem, kręcąc głową, jakby już widziała w wyobraźni cały przebieg naszej „operacji”. Jej spokojna obecność działała na nas jak kotwica – przypominała, że mimo całego zamieszania, byłyśmy tu razem, bezpieczne, choćby tylko na krótką chwilę.

Plan ułożył się niemal odruchowo, jak zawsze, gdy robiłyśmy coś razem.

Eilin, z jej łagodnością i spokojem, miała zagadać kucharkę — wiedziałyśmy, że starsza kobieta mięknie przy niej szybciej niż przy kimkolwiek innym. Wystarczyło kilka słów o ziołach, a świat poza rozmową przestawał dla niej istnieć.

W tym czasie ja i Zylthia miałyśmy wślizgnąć się do spiżarni, zgarnąć to, co potrzebne, i zniknąć, zanim ktokolwiek zwróci uwagę.

Prosty plan. Trochę ryzykowny. I dokładnie w naszym stylu.

Już sama wizja tej akcji wywołała u mnie dreszcz ekscytacji. Czułam, jakbyśmy znów były nastolatkami, które po raz pierwszy decydują się złamać zasady. Choć teraz miałyśmy więcej lat i o wiele więcej na sumieniu, w takich chwilach wszystko wracało – śmiech, adrenalina, pewność, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebne.

Zylthia wstała pierwsza, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie. Jej dłoń musnęła mój bark – gest szybki, ale pełen pewności. Eilin westchnęła teatralnie, po czym uniosła się z krzesła i ruszyła w stronę kuchni, zatrzymując się jeszcze na moment, by spojrzeć na mnie z czułością. „Nie przesadźcie” – zdawała się mówić spojrzeniem, choć na jej ustach błąkał się uśmiech.

Obserwowałam, jak Eilin zagaduje kucharkę, jej głos był cichy i melodyjny. Starsza kobieta po chwili kompletnie zapomniała o całym świecie, wciągnięta w rozmowę o ziołowych naparach i właściwościach leczniczych dziurawca. Zylthia już była w ruchu – poruszała się z gracją kota, niemal bezszelestnie wsuwając się za drzwi spiżarni. Ruszyłam za nią, starając się nie zostawiać śladów, choć serce waliło mi w piersi jak oszalałe.

W półmroku spiżarni półki uginały się od zapasów – słoje z konfiturami, kosze z warzywami, stosy bochenków chleba, które kusiły zapachem. Zylthia wymierzyła szybkie spojrzenie w stronę wieszaków z butelkami. Bez słowa podała mi jedną, sama sięgnęła po drugą, wzięła też trzecią dla Eilin po czym obie niemal równocześnie schowałyśmy zdobycz pod ubraniami. Wymieniłyśmy krótkie, triumfalne spojrzenie – i znowu czułam to dziecięce poczucie wspólnoty, solidarności w nielegalnych przedsięwzięciach.

Jakbyśmy były złodziejkami szczęścia w miejscu, gdzie radość bywała towarem deficytowym.

Wróciłyśmy do stołówki, gdzie Eilin czekała już na nas, udając niewiniątko. Ściągnęła brew, gdy zobaczyła nasze głupkowate miny i wypukłości pod ubraniami, ale w jej oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Bez słowa ruszyłyśmy korytarzem, tłumiąc śmiech, by nie zwrócić na siebie uwagi. Stare deski skrzypiały pod naszymi krokami, echo odbijało się od kamiennych ścian, a powietrze wydawało się gęste od ekscytacji.

W moim pokoju od razu zrobiło się przytulniej; zrzuciłyśmy płaszcze na podłogę, a butelki postawiłyśmy na biurku. Zylthia usiadła po turecku na łóżku, Eilin rozgościła się w fotelu pod oknem, a ja opadłam z ulgą na poduszkę.

Nalałyśmy sobie po odrobinie, uważając, by nie rozlać ani kropli – ten wieczór miał być naszym małym świętem. Zylthia uniosła swój kieliszek, mrużąc oczy i zamigawszy: „W końcu trzeba opić to, że znowu jesteś z nami w jednym kawałku”.

Parsknęłam śmiechem, czując, jak ciepło rozlewa się w mojej piersi.

– Jakbyśmy nie robiły tego za każdym razem – mruknęłam, ale wiedziałam, że te słowa są tylko częścią naszego rytuału.

Chwilę piłyśmy w ciszy, pozwalając, by smak wina rozgrzał nas od środka. Atmosfera była swobodna, rozmowy płynęły leniwie, przeplatając się wspomnieniami i żartami

Zylthia, zaczęła opowiadać jedną ze swoich historii – o tym, jak kiedyś próbowała wykręcić się z dyżuru, udając, że złamała rękę, ale kucharka i tak kazała jej obierać ziemniaki drugą. Eilin śmiała się, aż musiała otrzeć łzy, a ja poczułam, jak śmiech oczyszcza mnie z resztek lęku i zmęczenia.

Na chwilę znów byłyśmy tylko trzema przyjaciółkami, dziewczynami, które nie muszą być silne, nie muszą udawać, że nic ich nie rusza. Mogłyśmy być sobą – po prostu.

Zylthia śmiała się bezgłośnie, oparta o ścianę, ramiona jej drżały od tłumionego rozbawienia.

Eilin siedziała w fotelu pod oknem, z kieliszkiem w dłoni, lekko przechylona do tyłu, jakby pierwszy raz od dawna pozwoliła sobie naprawdę odetchnąć.

Ja siedziałam między nimi, patrząc w światło lampy i czując, jak napięcie rozpuszcza się gdzieś pod skórą.

Po raz pierwszy od dawna — nie liczyłam jutra.