Charkja, rok 2103
Jodie Craig próbowała powstrzymać drżenie dłoni, zaciskając mocno palce na ołówkowej spódnicy. Powiodła spojrzeniem po pozostałych zgromadzonych osobach w eleganckich, błyszczących i idealnie skrojonych strojach. Blade policzki charkijskich kandydatów również oblane były czerwonym rumieńcem. Każdemu z nich zależało na tej posadzie.
Poczuła subtelne wibracje pod skórą nadgarstka. Odwróciła dłoń by sprawdzić wiadomość.
Zaklęła w myślach, widząc wysokość nieopłaconego rachunku wystawionego przez klinikę, w której leczono jej matkę. Jeszcze mocniej wbiła palce – fioletowy paznokieć odpadł pod naporem w tym samym momencie, w którym do poczekalni otworzyły się drzwi.
Jodie znieruchomiała. Nie spodziewała się, że w progu stanie dyrektor placówki. Rekruterka, stojąca obok niego wezwała dwie osoby. Jodie, korzystając z niedużego zamieszania, butem sięgnęła kolorowego tipsa, wyraźnie odznaczającego się na beżowych zdobionych płytkach. Przysunęła go pod swoje krzesło, czując na sobie wzrok, ale nie pozostałych oczekujących, a Augusta Meyera.
– Pochodzisz z Istre, prawda? – zapytał.
Słowa uwięzły Jodie w gardle, kiwnęła tylko głową.
– To jakiś problem? – Zdołała z siebie wydusić, jednak jej ton zabrzmiał pretensjonalnie. Spróbowała uśmiechem poprawić wydźwięk własnych słów. – W ofercie nikt nie zaznaczył, że trzeba być rodowitym charkijczykiem.
Cisza wycisnęła na jej policzki wypieki. Czuła na sobie spojrzenie, tym razem już wszystkich.
– Absolutnie. Osobiście uwielbiam tę część kraju. Nazywasz się Jodie Yang, prawda?
– Jodie Craig – poprawiła go. – Ale z domu Yang.
– Zapraszam pani Yang. – Uchylił drzwi za sobą. – Porozmawiamy w biurze.
Kiwnęła głową — na tylko tyle było ją stać. Nie przypuszczała, że tak potoczy się jej rozmowa. Złapała za przydarte, znoszone uszka skórzanej torebki i poprawiając rąbek zmiętej spódnicy zniknęła za drzwiami.
Myśli zaczęły się kotłować, zachodziły jedna na drugą. Odczuła drgającą na szyi tętnicę. Obcasy uderzały o marmurową posadzkę, zdawało jej się, w zupełnie niepoprawnym rytmie. W torebce chlupała o plastik niedopita woda, kolczyki szurały po jej lokach utrwalonych tanim lakierem.
Zamrowił ją nadgarstek.
Spojrzała na interfejs wbudowanego w rękę informatora. Czerwona poświata grawerowała między jej żyłkami horrendalną kwotę, właśnie obciążającą jej konto.
Kropla potu szybko utorowała sobie wnękę w jej makijażu i okrążyła nabrzmiałą na skroni żyłę.
Będzie musiała wziąć kolejny kredyt.
– Proszę sobie usiąść pani Yang – wskazał Jodie miejsce, przed dużym mahoniowym biurkiem zdobionym na rantach florystycznymi żłobieniami.
August podniósł jedną z kartek leżących na biurku, przebiegł po niej wzrokiem.
– Miałem okazję poznać twojego ojca. Victora Yang. Niezwykle odważny człowiek… Ambitny – dodał, odkładając kartkę na blat. – Córka widzę poszła w jego ślady. Imponujące CV. Można wiedzieć, skąd decyzja o szkole pielęgniarskiej?
Jodie zawahała się. Jej powód był prosty – chciała zadbać o matkę. Brzask jednak nie był organizacją, na której zrobiłoby to wrażenie.
– Chciałam sprawdzić czy medycyna jest dla mnie odpowiednią ścieżką. Ale pielęgniarstwo, cóż… Było to dla mnie za mało. Dlatego złożyłam aplikację na Charkijski Uniwersytet. Brałam udział w paru projektach naukowych…
– Wiem – przerwał jej wypowiedź. – Wiem też, że w ostatnim czasie współpracowałaś z Veronicą Smith, prawda? W Dziale Innowacji?
– Owszem. Pracowałyśmy nad determinowaniem specjalizacji komórek macierzystych… W celach wykorzystania ich w projektach serii Achilles właśnie.
– Jak ci się współpracowało z Veronicą?
Jodie uśmiechnęła się delikatnie. Ze stresu, ponieważ musiała skłamać. Kilka miesięcy współpracy z Veronicą zszargały jej nerwy bardziej niż jej nieporadny mąż w domu. Veronica była bardzo szorstką i nieznoszącą sprzeciwu kobietą. Negowała każdy pomysł. Jodie do projektu dostała się najpewniej dlatego, że brakowało Veronice rąk do brudnej roboty.
– Bardzo dobrze – odparła. – Uwielbiam towarzystwo ambitnych ludzi. Współpraca z Veronicą, zwłaszcza nad tak obiecującym projektem była bardzo rozwijająca.
– Veronica to moja dobra przyjaciółka. – Przysiadł na skraju biurka i oparła dłonie na kolanie. Patrzył na Jodie spojrzeniem, które wiedziało już wszystko. – Odwiedziła mnie parę dni temu. Zrelacjonowała mi niecały rok waszej współpracy i zasugerowała, żeby dokładnie przyjrzeć się twojej aplikacji…
Jodie przełknęła zalepiającą jej gardło ślinę. Jeśli Veronica faktycznie to zrobiła, to Meyer już wiedział o tym, że Jodie odstawiła samowolkę podczas projektu. Samowolkę, która pozwoliła uzyskać linię komórek macierzystych nienaturalnie szybko się namnażających i zdolnych do formowania każdej tkanki przy zachowaniu odpowiedniego środowiska. Wiedział na pewno, że Veronice ten akt nieposłuszeństwa się nie spodobał, a Jodie, mimo swojego odkrycia, nie została dopuszczona do dalszych etapów projektu.
– Wiesz o jaki projekt walczysz w tej chwili, Jodie? – zapytał, bębniąc palcami. – To projekt, przy którym bezwzględnie musisz trzymać się procedur i zasad.
Jodie kiwnęła głową, ale widziała już niechętną minę Meyera.
– Wiesz, że to ogromna odpowiedzialność?
– Wiem.
– Wiesz, że to projekt objęty ogromnym ryzykiem?
– Wiem.
– Pani Yang…
– Craig – poprawiła go w końcu Jodie, wyczuwając niechęć Meyera do jej osoby. – Na nazwisko mam Craig.
– Rozumiem, więc że chcesz być postrzegana pryzmatem rodziny Craig? Tych Craigów z okolic Trenes, którzy na swoim koncie oprócz prowadzenia osiedlowego biznesu nie mają absolutnie nic?
Oblał ją zimny pot. Nie o to jej chodziło. Nie chciała w ogóle być postrzegana przez pryzmat rodziny. Chciała samostanowić o sobie.
– Mój dział rekrutacji prześwietlił sobie dokładnie każdego z was. I mogę z pewnością stwierdzić, że żadne nie nadaje się do przejęcia projektu od Anne Tremor. Żadne z was nie zapanuje nad tym obiektem badań. Jodie Craig, nie nadajesz się do tej roli.
Zamarła, słysząc jego słowa. Chciała zaprzeczyć, ale nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Nie uciekła spojrzeniem, uśmiechnęła się pod nosem z nerwów. Przegrała. Świadomość, że nie udało jej się dostać posady wlała w nią złość. Ostatni rok spędziła przyglądając się pracom nad bioprotezami, pomagała przy projektach Brzasku zupełnie za darmo i wszystko po nic. Najgorsza była jednak świadomość, że będzie musiała przyznać mężowi rację.
“Durna idiotko, nie nadajesz się do tej roboty” słowa Kennetha rozbijały się po jej głowie.
– Nie? – zapytała w końcu, rozluźniając swoją postawę. Oparła się o czerwone pikowane oparcie krzesła. – Nie nadaję się?
– Nie – odpowiedział jej Meyer. Wziął teczkę opisaną nazwiskiem Craig, tą samą w którą dwa tygodnie wcześniej Jodie włożyła stosik własnych osiągnięć. – Nie nadajesz się Jodie Craig.
– To kto się na to miejsce nadaje w takim razie? – Odebrała swoje dokumenty i uniosła wysoko brwi. – Szkoła pielęgniarska, pierwsza lista osób przyjętych na wasz wydział, byłam trzecia w rankingu, jedyna pochodząca z południa, spoza Charkji. Ukończyłam dwa lata waszego kierunku z tak dobrymi wynikami, że Brzask… – wymieniała gorączkowo, była wściekła. Odłożyła na biurko Augusta własną teczkę i przytrzymała ją dłonią, by nie mógł jej ruszyć. Wbiła wzrok w Meyera, który ze znudzoną miną przyglądał się eskalacji emocji Jodie. – Że pan postanowił, żebym pozostałe lata nauki kontynuowała w formie praktycznej. Tutaj. Najpierw w Dziale Innowacji, a następnie w Sektorze C. Mam wiedzę zarówno teoretyczną jak i praktyczną. Wykazałam pod okiem doktor Smith, że potrafię myśleć nieschematycznie. Z całym szacunkiem, doktorze Meyer, ale kto się nadaje na przejęcie tego stanowiska?
– Szanowna pani Craig – podkreślił jej nazwisko, wymawiając je z pogardą. – Na to stanowisko potrzebuję kogoś zdecydowanego, ambitnego i nie bojącego się podejmowania trudnych decyzji. Kogoś bez skrupułów. Kogoś o twardej ręce. Kogoś kto wie do czego dąży i kogo nie powstrzyma absolutnie nikt ani nic, żeby osiągnąć dany cel.
– I moje dotychczasowe doświadczenie na to nie wskazuje? Skoro pana dział rekrutacji tak dobrze prześwietlił kandydatów, to doskonale pan wie, że nie brakuje mi determinacji i… – zaśmiała się. – I twardej ręki. Wie pan, że wychowałam się bez ojca, bo jeśli go pan znał, to z pewnością brał pan udział w ceremonii pogrzebowej. Wie pan, że oprócz studiowania i praktyk w waszym oddziale równocześnie pracuję. Staram się utrzymać chorą matkę. Wie pan, że to ja utrzymuje siebie i męża w Charkji. Nowej Charkji. Jeśli to nie wskazuje na determinację i psychiczną odporność… Osoba, której pan szuka na to stanowisko nie istnieje, doktorze Meyer.
– Istnieje – odparł natychmiast, sięgając po granatową teczkę, która cały ten czas leżała na biurku. Otworzył ją i skoncentrował się na zawartości pierwszej strony. Podniósł wzrok z powrotem na Jodie, która zdążyła zrobić się czerwona ze złości. – Istnieje, Jodie – powtórzył się i sugestywnie położył teczkę blisko kobiety.
Jodie utkwiła wzrok w delikatnym, złotym grawerze na oprawce granatowej teczki. Projekt 7858.
– Czyli po prostu ma pan już kogoś na to stanowisko?
– Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji… – odparł, widząc że Jodie nie mogła oderwać wzroku od dokumentacji obiektu badawczego 7858. – Ale tak. Mam kogoś, kto poznał się na zasadach panujących w Sektorze C. Kogoś, kto poznał się na brutalnych realiach pracy w Brzasku. Mam kogoś, kto całkiem dobrze radził sobie podczas wywiadów z obiektem. Kto nie bał się użyć przemocy, żeby zdusić w zarodku jego furię. Kogoś, kto bez cienia zawahania postawił się przełożonemu, bo był pewien, że postępuje w imię innowacji. Był pewny własnych przekonań. Jodie. – Przywołał jej spojrzenie. – Nazywa się Jodie Yang.
