Wielkość tekstu:

Rozdział 1.

Charkja, rok 2111

Kropla w końcu przedarła się przez betonowy strop i wpadła w niedużą kałużę.

Jego bose stopy darły o chropowatą posadzkę przy każdym najmniejszym ruchu. Ciężkie kajdany przypominały o sobie, wrzynając się w jego nadgarstki. Zaciskał zapocone i odrętwiałe dłonie w pięści raz po raz. Na próżno.

Wilgotne powietrze dławiło płuca. Jego ciężki oddech profanował ciszę. Przeszkadzał w nasłuchiwaniu. Zbyt długo to wszystko trwało. Przez ostatnie kilkanaście minut nie widział nic poza czubkiem własnego nosa .

Zbyt długo…

Wiedział, gdzie trafił. Z każdą kolejną minutą szanse na to, że wyjdzie z tego miejsca w jednym kawałku malały. Czuł żal – w najgorszym wypadku jego ostatni oddech będzie śmierdział grzybem i papierosem.

Rozbłysk światła uderzył go w oczy. Potrzebował kilku sekund, by spojrzeć przed siebie.

Kobieta za szybą odłożyła aktówkę na blat i zdjęła marynarkę. Nie spieszyła się. Odgarnęła kręte, atramentowe włosy w tył i usiadła za prostym biurkiem. Niechętnie i z pewną odrazą wyciągnęła z aktówki pokaźną dokumentację. Obdrapana granatowa teczka prześladowała Alexandra podczas każdego spotkania z kobietą. Stanowiła spis wszystkich traum, jakich doświadczył do tej pory. Chociaż doktor Yang nazwałaby ją po prostu dossierem projektu.

Jodie Yang bez pośpiechu kartkowała kolejne strony dokumentacji, sprawdzała ich kompletność. Przynajmniej chciała sprawiać tego pozory. Myślami wyraźnie błądziła gdzieś indziej. Otarła wilgotne czoło, szukając przełącznika pod blatem biurka. W pomieszczeniu zaszumiała wentylacja.

– Wybacz, że ściągamy cię tu w trakcie treningu, ale sprawa jest poważna – odezwała się w końcu. Przetarła jeszcze spocone powieki nim skupiła wzrok na Alexandrze. – Podtrzymujesz nadal wszystkie odpowiedzi z poprzedniego wywiadu, 7858? Chciałbyś coś dodać, czy możemy przejść dalej?

Alexander milczał. Zdążył poznać kobietę na tyle dobrze, by przewidzieć odpowiedzi jakich od niego oczekiwała. Tym razem coś było nie tak. Za błękitną taflą jej oczu kotłowały się ciężkie emocje, zupełnie dla niego nieczytelne.

Potaknął głową, a kropla potu spadła wprost na grzbiet bosej stopy. Kajdany na jego nadgarstkach zabrzęczały, gdy usiłował ją zetrzeć.

– Mam je streścić? – zapytał, chcąc zagłuszyć wstydliwy dla niego szczęk metalu.

Kobieta odchyliła się na krześle i postukała w zamyśleniu końcówką długopisu o blat. Wzruszyła ramionami, a przez jej twarz przebiło się zniecierpliwienie. Miał mówić.

– Samopoczucie dobre. – Wziął głębszy wdech. Recytował. – Po podaniu preparatu wystąpiło podskórne uczucie pieczenia. W skali od zera do dziesięciu, siedem. Wymiotów brak. Zawrotów głowy również brak. Ruchomość stawowa w normie. Żadnych bólów kostno-stawowych, mięśniowych również. Podczas testów wytrzymałościowych nie zauważyłem spadków wydajności, nie towarzyszył mi ból. – Zakończył i opadł na oparcie krzesła.

Jodie Yang zapisała jego odpowiedź. Przebiegła po świeżo sporządzonej notatce wzrokiem nim zwieńczyła ją pieczątką i odłożyła na wierzchu dokumentacji projektu Alexandra.

– Mam nadzieję, że w dalszej części przesłuchania będziesz równie dobrze współpracował. Miej na uwadze, że czeka nas finalizacja – dodała, zbierając swoje rzeczy.

– Mogę wiedzieć, w jakiej sprawie zostałem tu ściągnięty? – zapytał, widząc jak kobieta błądzi palcem po niewielkiej matrycy zegarka. Wzywała strażników.

– Gotowy – westchnęła, wychodząc w pośpiechu.

Alexander został sam – światło jednak nie zgasło, a strażnicy się nie zjawili przez kilka kolejnych minut. Była to subtelna sugestia, że udzielił tak obszernej odpowiedzi na własną niekorzyść.

Z każdą sekundą napięcie zaciskało coraz bardziej jego gardło. Odliczał kolejne krople, uderzające o posadzkę.

Osiem z nich zdążyło zatracić się w kałuży, gdy do pomieszczenia za szybą wszedł krępej budowy mężczyzna o jasnych, rudych włosach i bujnej brodzie. Alexander nie kojarzył go. W przeciwieństwie do ciągnącego się za mężczyzną smrodu papierosa.

Mężczyzna usiadł za biurkiem. Spojrzał na zegarek. Skrzywił się, przenosząc uwagę na Alexandra.

– Podobno współpracujesz – odezwał się zachrypnięty, od razu odkaszlując.

– Z kim trzeba to współpracuję – odparł Alexander. – Z kim mam przyjemność rozmawiać? Chyba się jeszcze nie znamy.

– Po tobie mam do przesłuchania jeszcze z siedem obiektów, więc przejdźmy do rzeczy… Zasady są proste, odpowiedź mi się spodoba, to odejdziesz stąd bez większych problemów. Odpowiedź mi się nie spodoba, to wyniosą cię stąd sanitariusze. Proste?

Nie odpowiedział mu. Miał już do czynienia z tego typu ludźmi, stąd wiedział, że albo będzie musiał kogoś podłożyć śledczemu, albo to na niego się uwezmą.

– Doktor Yang wydała orzeczenie, że jesteś w stanie złożyć zeznanie w sprawie… – zawiesił głos, gdy do pomieszczenia weszła trójka niebiesko-biało ubranych strażników. – Dobrze, widzę, że jesteśmy w komplecie…

– Zanim zaczniemy – wtrącił się Alexander. – Chcę zaznaczyć, że mój projekt koncentruje się na bioprotezie lewej kończyny – mówił, od razu dostrzegając mieszankę zdumienia i rozdrażnienia na twarzy mężczyzny. – Doktor Yang z pewnością zaznaczyła…

– Słyszeliście go? Nie bijemy po nogach, bo nasza piękność Sektora C się obrazi – machnął ręką, odpalając papierosa. – A teraz co? – Spojrzał drwiąco na Alexandra. – Teraz powiesz mi, że tu nie wolno palić, bo mięśnie bioprotezy się potrują? Rozgadany jesteś jak na obiekt… Może chłopaki przypomną ci zasady jakie was obowiązują, szczurku?

– Przestań chrzanić – przewrócił oczami Alexander. – Chciałeś przejść do konkretów.

– Dawno nie spotkałem aż tak palącego się do mordobicia obiektu – rzucił pod nosem i zaciągnął się dymem. – Znasz obiekt 6690? Głupie pytanie… Spójrz.

Sięgnął po aktówkę, z której wyciągnął szary kawałek papieru, przyłożył go do szyby. Światło lampy prześwietlając jego strukturę, odkryło przed oczami Alexandra scenę.

– Nie wystrasz się technologii, bo to nie jest zdjęcie.

– Zaraz ci się ta klisza przypali tym szlugiem… – burknął bardzo cicho pod nosem Alexander.

– To fragment z monitoringu – doprecyzował mężczyzna. – Na nim widać, jak podajecie sobie rękę z 6690. O tu dokładnie. – Zatrzymał kliszę i wyjął następną. – A tutaj twój durny kolega zbiera wpierdol… – Odtworzył następną kliszę. – Widzisz to? – Zatrzymał kliszę w momencie, w którym Horacio przewrócił się na posadzkę i odpychając nogami, próbował umknąć pod ścianę.

Alexander wzruszył ramionami, nie widząc nic specjalnego w kolejnym akcie okrucieństwa placówki.

– I? Dzień jak co dzień w Brzasku.

– Tu, przy nodze strażnika leży coś małego, niepozornie zwiniętego. Ty wiesz co to jest.

– Bynajmniej – ledwie powiedział, a pięść strażnika wylądowała na jego policzku. Otrzepał się zaskoczony. Momentalnie poczuł wyrzut adrenaliny.

Śledczy zgasił papierosa o metalową papierośnicę.

– A miałeś współpracować – westchnął. – Ten fragment, od tego na którym podajecie sobie dłoń dzieli raptem 8 minut. 6690 nie miał wcześniej kontaktu z żadnym z was…

– Sugeruje pan, że ja mu ją dałem? Może jeszcze coś na niej zapisałem? – zaśmiał się, chociaż wiedział, że nie powinien. Praktycznie na karku czuł oddech strażników. – Człowieku, ja nigdy w życiu długopisu nie trzymałem, moja ręka nie napisała ani litery. Jestem pieprzonym analfabetą i nawet czytać nie potrafię. Co więcej, uważa pan, że istnieje powód dla którego garstka ludzi, która w pocie i krwi wywalczyła sobie miejsce na piętrze będzie skora do łamania regulaminu? Nie ma powodu, dla którego zaryzykowałbym powrót na parter.

– A jednak doskonale znasz tamtejsze nastroje…

– Ciężko żebym nie znał… Spędziłem tam masę czasu.

– Czyli przyznajesz się, że mógłbyś być autorem notatki.

– Nie słucha mnie pan.

– Słucham. Notatka zawierała informacje odnośnie właśnie nastrojów na parterze. Obiekt 6690 ma bardzo dogodną lokalizację celi na waszym piętrze. W samym centrum. Idealna, żeby nawet szeptem rozesłać dobrą nowinę.

– Ktoś wrobił tego imbecyla! – wrzasnął Alexander, nie mogąc znieść toru na jaki śledczy znosił rozmowę. – Przecież mówię, że nie potrafię pisać. A o nastrojach na parterze wie każdy, kto chociaż raz tamtędy przeszedł. Smród potu, nieustające krzyki, krew która wsiąka w posadzkę i mdlący odór fekaliów. Śmiertelność na parterze przekracza jakiekolwiek wyobrażenia. I nikt… Powtarzam, nikt z nas na piętrze, nie zaryzykowałby naruszenia regulaminu, wiedząc co znajduje się na dole. Nikt.

– Obiekcie 7858, bardzo doceniam twoje sprawozdanie na temat warunków, panujących na parterze, niemniej jednak mnie bardziej interesuje od kogo wiesz te wszystkie informacje, którymi podzieliłeś się z 6690. Zależy nam na czasie.

– Nie wiem co pisze na tej kartce – powiedział, zaciskając zęby. Wiedział, że cios padnie, nie wiedział tylko z której strony. Zwinął się wpół, dostając pałką w brzuch. Uderzenie, mimo że był na nie przygotowany, pozbawiło go tchu. Zakaszlał. – Nadal nie wiem. I nie zmieni się moja odpowiedź – wystękał, próbując złapać powietrze.

– Od kogo wiesz, 7858?

– Empirycznie poznałem tamtejsze nastroje. Stąd wiem.

– Nie pytam o warunki jakie tam panują. – Ledwie usłyszał, gdy kolejny cios padł na jego głowę. Zapiszczało mu w uszach.

– To o co pan pyta? – Nie podnosił głowy, w której huczało.

– O to co zapisałeś na kartce.

– Nie zapisałem niczego na… – Nie zdążył dopowiedzieć. Strażnik uderzył go ponownie w skroń. Zaczęło kręcić mu się w głowie. Zrobiło mu się niedobrze.

– Jodie chyba skłamała co do tego, że współpracujesz, co? 7858? Na twoją szkodę zeznał jednak jeden z obiektów.

– No tak, jak mu dobrze posłodzicie, to powie nawet, że całe piętro wspólnymi siłami zapisało tą jedną kartę – jęczał, nie mogąc złapać oddechu. – Co mu obiecaliście?

– Że go wypuścimy z Brzasku.

– Złapaliście w takim razie jakiegoś wariata, skoro w takie brednie uwierzył.

Śledczy wyciągnął kolejną kliszę, a Alexander zwiesił z powrotem głowę, czując jak bardzo boli go kark od utrzymywania jej w pionie.

– Przytrzymajcie mu łeb, tak żeby wszystko widział! – Usłyszał głos mężczyzny, tuż przed tym jak szarpnęli go za włosy strażnicy. – Kojarzysz chłopaka?

Alexander starał się wytężyć wzrok. Z kliszy patrzył na niego młodziutki chłopak o przerażonym spojrzeniu. Nie znał go, ale bał się przyznać. Nie chciał ryzykować kolejnego ciosu. Milczał, licząc że rudy śledczy sam wyjawi mu tożsamość chłopaka. Mężczyzna jednak po prostu odtworzył kliszę. Ofiara już na starcie dostała cios na twarz, który rozbił nos. Zaraz potem kobieca dłoń szarpnęła za kręte włosy chłopaka i wkuła się igłą w szyję. Krew ściekła z nosa wartką strużką przez jego usta i opłynęła podbródek. Rozbiegane spojrzenie zdradzało jakie emocje toczą się wewnątrz nieszczęśnika. Wrzasnął chwilę przed tym jak na jego szczękę padł kolejny cios.

– Co chce pan wskórać na mnie tym filmem? Nagraliście jak szprycujecie obiekt, obiecujecie azyl i lejecie go aż nie powie tego co usłyszeć chcieliście. Wyjątkowo dobry dowód w sprawie – rzucił sarkastycznie Alexander. – Może zastosujecie tę praktykę i na mnie? Może wtedy będę tak współpracujący jak pan pierwotnie zakładał?

– To obiekt, który kilka minut wcześniej powiedział, cytując, najlepszym źródłem informacji na piętrze jest Alex. Wystarczyło przejrzeć kartoteki jego piętra i poszukać Alexa.

– Wątpię, że jestem jedynym Alexandrem na piętrze.

– Nie jesteś. Ale parując te dwa incydenty, jesteś jedynym, który może być takim źródłem informacji. Więc, Alex… – Nachylił się w jego stronę. – Skąd wiesz o buncie?

– Buncie? – Nie dowierzał własnym uszom. Oczy Alexandra zabłyszczały. – Od pana – zaśmiał się, mimo bólu. – Wybitnie dobry z pana śledczy, skoro ma pan tak długi język, bo wątpię, że powinienem to usłyszeć – dopowiedział, wiedząc że rozwścieczy tym mężczyznę. Nie mylił się, ale strażnicy nie wymierzyli ciosu.

Mierzyli się przez chwilę spojrzeniami. Alexander od początku miał tylko dwa wyjścia – albo powie śledczemu dokładnie to, co chciał usłyszeć, albo zakończy przesłuchanie przedwcześnie, pozwalając się pobić do nieprzytomności.

Sam nie słyszał ani słowa o żadnym buncie, ale jeśli zaangażowano w to śledczych pogłoski musiały naprawdę przybrać na sile. Nie mógł dopuścić do tego by przez jego niesolidarność próba ucieczki parteru odniosła porażkę. Rzucił spojrzeniem na plakietkę śledczego – Hans Evans.

– Może jestem kiepskim śledczym – wycedził, wyciągając następną kliszę. – Ale fantastycznie piszę scenariusze.

– To dlatego pokazuje mi pan te nagrania… – Drażnił go dalej Alexander. – Nie mnie powinieneś te filmy krótkometrażowe pokazywać, a komisji w szkole filmowej. – Specjalnie złamał formalną barierę. Gdyby Hans Evans był lekarzem, Alexander już leżałby na posadzce nieprzytomny. Ale nie był. Alexander obserwował, jak mężczyzna stopniowo traci nad sobą panowanie.

Mężczyzna skrzywił się, a brew lekko zadrgała, gdy odtworzył kolejną kliszę. Początkowo obraz był nieostry. Wszystko przez ciemne otoczenie, w jakim został nagrany. Obiektyw złapał ostrość, gdy pojawiło się skąpe oświetlenie, odkrywając co tak naprawdę mrok skrywał w swoich czeluściach.

W centrum wisiał chłopak, powieszony za kostki głową do dołu. Nie ruszał się, ale Alexander wiedział, że nie przesądzało to kwestii czy żyje.

Ktoś, spoza zasięgu kamery, oddał strzał w kierunku chłopaka, dziurawiąc jego bok. Chłopak szarpnął się, a Alexander zaklął pod nosem, widząc że wciąż był żywy. Ktoś tępym narzędziem uderzył wiszącego w trzewia. Nie raz, nie dwa – brzuch chłopaka szybko pokrył się czerwienią. Pękła skóra, a spomiędzy jej cienkich fałd wypłynęła zgromadzona krew. Ściekała powoli, tworząc kręte drogi na nagiej klatce piersiowej ofiary.

Na jego twarzy odznaczały się tylko duże i wytrzeszczone w przerażeniu oczy. W usta miał wetkniętą szmatę, która dodatkowo utrudniała oddech.

Krew z ran na brzuchu nie zdążyła dotrzeć nawet do szyi, gdy ktoś zza kamery zbliżył się i przykucnął przed torturowanym. Panika w jaką wpadł chłopak osiągnęła apogeum, gdy ostrze noża odbiło światło do kamery. Bardzo powoli znaczyło wzdłuż torsu cienką linię. Kimkolwiek była osoba zaciskająca dłoń na rękojeści noża, zdawała się nie spieszyć. Wodziła ostrzem po szyi chłopaka, dopiero zatrzymując się przy jego uchu. Chwilę później żywcem zostało obcięte najpierw jedno ucho, potem drugie. Oprawca, a raczej oprawczyni, odwróciła się w stronę kamery i nie odkrywając całej twarzy zacisnęła zęby na zakrwawionej małżowinie. Obrzydliwie oblizała ostrze, po czym splunęła na twarz skażoną bólem. Wytarła w czarną kurtkę ostrze, po czym wbiła nóż po samą rękojeść w dolne partie brzucha chłopaka. Nim się odwróciła druga osoba jednym ruchem ręki pociągnęła za nóż, a powłoki brzuszne uwolniły jelita wraz z którymi wypłynęła, zgromadzona podskórnie krew.

Obraz był na szczęście pozbawiony dźwięku. Alexander starał się nie postrzegać go jako coś prawdziwego, mimo że doskonale wiedział do czego byli zdolni jego oprawcy. Nie rozumiał jednego – dlaczego pokazano właśnie jemu te obrazy.

Film trwał dalej i z każdą jego sekundą trwania ogrom okrucieństwa był coraz bardziej przytłaczający. Zamknął oczy, nie chcąc już ani chwili dłużej oglądać tego sadystycznego widowiska.

– Nie patrzy! – Usłyszał głos śledczego, któremu zawtórował cios i mocniejsze szarpnięcie za przydługie włosy Alexandra.

– Nie rozumiem dlaczego miałbym na to patrzeć…

– Żebyś zrozumiał, że zarówno on… – Wskazał na kliszę, na której płonął wierzgający się chłopak. Klisza sama się zatrzymała. – Jak i 6690, tak i ty, 7858, nie jesteście nie do zastąpienia. Kwestia tego, który nam się bardziej przyda żywy.

Patrzył prosto w oczy sadysty, który był mocno przekonany o własnej wyższości. Alexander zgrzytnął na zębach, czując jak gorzeje w nim złość.

– Błagam, to nie w waszym stylu! Ten chłopak na pewno miał zdrowe płuca, mógłby być dla ciebie dawcą…

Hans dał znak strażnikom, a ciosy padły kaskadowo. Zalały bólem jego potylicę, ramiona, żebra i nogi.

Alexander wypluł ząb wraz z gęstą śliną o krwawym zabarwieniu. Wyszczerzył się w uśmiechu, wiedząc że zbliżał się koniec jego przesłuchania.

– Zapomniałem, że jesteś tak chujowym śledczym, że za darmo by ci ich nie dali…

– Ty rozgadany gnoju…! – Podniósł się z miejsca Hans.

– Musiałbyś się pewnie ustawić w kolejce, co? Evans?

– Sponiewierajcie mi go! – wrzasnął Hans, nie wytrzymując kolejnej szydery. – Zapamiętasz mnie, szczurze cholerny!

Jednocześnie z trzech stron padły ciosy. Ból jednak zamiast go zamroczyć uruchomił znajomy szlak furii. Wokół Alexandra uniósł się smród spalonej skóry, poczuł jak pęka gdy nieludzko szybko przyrastały mięśnie – zerwał kajdany.

Złapał w locie lecącą w jego stronę pałkę. Wyrwał ją z rąk strażnika, odrzucił w bok. W ślad za nią posypał się popiół z ramion Alexandra, na których czerniał naskórek.

Strażnicy natychmiast rzucili się na niego, próbowali go unieruchomić. Przyparli do szyby, oddzielającej ich od pomieszczenia, w którym wydzierał się Hans. Alexander uderzył w nią pięścią. Pojawił się pajączek – strażnicy nie pozwolili by mógł poprawić swój cios i zbić szybę. Rzucili nim o ścianę.

Jego zmysły uległy natychmiastowemu wyostrzeniu. Sparował kolejny cios lecący wprost na jego głowę, wyrwał pałkę teleskopową, a strażnik który się nią zamachnął tym razem oberwał drugim jej końcem prosto w trzewia.

Adrenalina zdążyła wypełnić go znanym poczuciem władzy. Wiedział, że jest w stanie w mgnieniu oka zabić każdego z trzech strażników. Oni jednak dopiero zdali sobie z tego sprawę, gdy skóra Alexandra przybrała wyraźne znamiona nekrozy, a mięśnie na jego ramionach, nogach i tułowiu przyrosły.

Postawa strażników uległa diametralnej zmianie – trzymali się już na dystans, obserwując każdy najmniejszy jego ruch.

Alexander uśmiechnął się tylko, dostrzegając najsłabsze ogniwo. Jego tkanki przeszył płomień, gdy rzucił się na strażnika. Razem padli na ziemię. Kręgosłup mężczyzny nieprzyjemnie trzasnął, przewijając się przez oparcie wmurowanego w posadzkę krzesła. Mężczyzna rękami próbował się bronić, ale nie to go uratowało przed pewną śmiercią – głowę Alexandra przeszył wstrząs. Reakcja była natychmiastowa, strażnik który odważył się interweniować, zaznaczył krwawą plamą swoją obecność na zagrzybiałej ścianie. Zjechał plecami wciąż przytomny na posadzkę, wprost w tą denerwującą Alexandra kałużę.

Cios ostatniego ze strażników Alexander zatrzymał przedramieniem, czując że w normalnym stanie siła uderzenia pogruchotała by mu kości. Złapał za pałkę teleskopową i odrzucił ją na bok. Mężczyzna sięgnął po ostateczność i wycelował w Alexandra z broni. Kula przeszyła bark Alexandra, utykając gdzieś w narośniętej tkance mięśniowej, jednak to nie ołów powstrzymał Alexandra. Nie mógł – nie czuł bólu. Ból zjawiał się zawsze dużo, dużo później.

Alexander upadł na kolana, ostatkiem sił zdobywając się by sięgnąć wbitej w szyję igły. Nie znalazł jej. Mignęła mu za to zamglona twarz mężczyzny w białym fartuchu, nim padł na twarz, tracąc przytomność.