Wielkość tekstu:

Rozdział 1

rozdział pierwszy

 

Oślepiające słońce raziło mnie w oczy. Nierówny teren pustyni utrudniał utrzymanie prostej postawy, a gorące powietrze paliło w płuca. 

Przez około rok znosiłem dzielnie te niedogodności. Za każdym razem, gdy było ciężko, wyobrażałem sobie, że po powrocie do domu i rodziców, z zarobionych pieniędzy kupię własny dom, urządzę wystawny ślub a za resztę będę balował kilka dni z rzędu, bez skrupułów i wyrzeczeń. 

Poczułem rękę przyjaciela na ramieniu. Uśmiechnął się i powiedział.

– Nerwy, Makoto? Weź głęboki oddech i nie myśl o tym.

Przytaknąłem i skupiłem się na tym co tu i teraz. Stałem w jednej linii obok moich przyjaciół ze szkoły. Wokół nas ludzie ustawieni w szeregu. Nerwowe spojrzenia i chaotyczne gesty zdradzały ogromne napięcie u wręcz każdego. Do wielu, w tym i mnie, w końcu dotarło, że jesteśmy na wojnie. A ja zamiast skupić się na tym co tu i teraz, miałem nieodparte uczucie, że o czymś zapomniałem.

 

Zaledwie dobę wcześniej usłyszeliśmy rozkazy od dowódcy. Mamy przerwać przemarsz wroga. Oczekujemy wsparcia od innego regimentu, ale to naszą rolą będzie przyjąć pierwszy cios i utrzymać przeciwnika w jednym punkcie. 

Jestem tu blisko rok i zdążyłem przyzwyczaić się do rutynowych patroli, nocnych wart i częstego maszerowania. Zdarzało się nam żartować, że jesteśmy na letnim obozie i nam jeszcze za to płacą. Ale już koniec z oszukiwaniem samych siebie. Jesteśmy na froncie, stoję obok swoich przyjaciół, pośród innych ustawionych w szeregu, oczekując armii wroga na horyzoncie.

Aby nie oszaleć, skupiłem swoją uwagę na jednym punkcie. Daleko, na czele naszej armii trzepotały na wietrze chorągwie klanów z naszej ojczyzny. Dostrzegłem znany mi czarno żółty kolor klanu Oda. Powróciły fantazje z lat młodości, o byciu jednym z nich. Ubrany w zbroje, dumnie wyprostowany z dwiema katanami przy boku, stojący pośród swoich przyjaciół. Ludzie patrzący na mnie z zazdrością i podziwem.

Moje fantazje przerwał odgłos bębnów i trąb. Nerwowo rozejrzałem się za źródłem tych hałasów, by zaraz dostrzec na horyzoncie czarne punkty. Wielu z szeregu zaczęło wskazywać w tym samym kierunku. Po oddziale przedarł się głośny szmer, przerywany krzykami. Przesuwające się czarne punkty zbliżały się do nas powoli, łącząc się w jedną, ogromną plamę. Słońce odbijało się od metalowych elementów ich uzbrojenia i nie pozostawiało złudzeń, że to wroga armia.

– Dużo ich – usłyszałem chrypliwy głos przyjaciela stojącego obok, który właśnie łapał się za głowę. 

Nie zareagowałem. Nie byłem w stanie wydusić z siebie słów. Mogłem tylko stać i patrzeć, jak zmasowana armia wroga maszeruje w naszą stronę.

– Łucznicy! 

Krzyk z przodu naszego oddziału przykuł moją uwagę. Patrzyłem, jak żołnierze ustawieni w dwóch rzędach, z łukami w dłoniach szykują się do strzału. Przez chwilę miałem nadzieję, że to zatrzyma wroga. Że grad strzał osłabi i zniechęci przeciwnika a ja nawet nie będę musiał sięgać za broń. 

Dostrzegłem naszego dowódcę siedzącego na koniu kilka rzedów dalej, wykrzykującego do zebranych coś, czego nie szło usłyszeć z tej odległości i w tym zgiełku. 

Z powrotem skierowałem uwagę na linię łuczników, kibicując im z całego serca. Gdy zwolnili pierwsze strzały z cięciw, mój wzrok podążał za ich lotem. W chwili, gdy dosięgły celu zobaczyłem, jak nasi wojownicy z klanów są w zwarciu z czołem armii przeciwnika. Serce zaczęło mi bić mocniej, gdy przeciwnicy, zamiast się wycofywać, napierali naprzód. 

Mimo, że nasi wojownicy dawali z siebie wszystko, a magiczne ataki trafiały przeciwników z zabójczą precyzją, ich wysiłki wydawały się bezskuteczne. Przeciwnik był zbyt liczny. 

Napastnicy, którzy zdążyli przedostać się w głąb naszej armii bez zwrócenia naszej uwagi, byli już przy naszych strzelcach. Ci zareagowali szybką i niekontrolowaną salwą strzał, bez komendy czy rozkazu. Świst przeszył powietrze i trafiał w cele obalając bezwładne ciała na piach. Nie było jednak czasu na radość, bo zaraz na ich miejsce pojawiali się następni, wściekli i żądni mordu.

– Utrzymać pozycję! 

Ryk dowódcy był ledwo słyszalny. Otarłem czoło z potu i zdałem sobie sprawę, że moje palce aż zbielały od zaciskania rękojeści mojej katany. 

Dostrzegłem biegnącą w naszym kierunku niewielką grupę. Dobyłem broń i trzymając ją przed sobą, starałem się opanować drżenie. 

Moi przyjaciele poszli w moje ślady. Już w myślach dyscyplinowałem się, że to czas walczyć, gdy rozpoznałem mundury naszych sił. Przerażenie wymalowane na ich twarzach i krzyki zdradzało, co nadchodzi w naszą stronę. 

Pojawiła się nagle paraliżująca myśl. Dzisiaj umrę. Zdechnę na pustyni, a jedyne co po mnie pozostanie to jakiś napis na pamiątkowej tablicy w stolicy. Mój oddech zrobił się płytki, wzrok rozmazany. Rozkazy dowódcy już do mnie nie docierały. Patrzę za siebie i  widzę plecy uciekających żołnierzy, na których przed chwilą wyjąłem broń. Chcę pobiec za nimi, ale moje nogi nie reagują.

W tej chwili poczułem silne uderzenie w bok. Padłem na ziemię, dławiąc się piaskiem, co wywołało gwałtowny kaszel. Poczułem nieprzyjemny nacisk na swoje nogi. Gdy odzyskałem panowanie nad oddechem, jedyne co widziałem, to chmurę pyłu i sylwetki ludzi. Jedni leżeli w bezruchu, inni stali i walczyli. 

Panicznie szukałem drogi ucieczki. Próbowałem się podnieść, ale na moich nogach leżał bez ruchu jeden z moich przyjaciół. Zastygłem w miejscu. Nasze spojrzenia zafiksowały się na sobie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że patrzę na zwłoki. W panice wydałem z siebie krzyk i gorączkowo próbowałem go zrzucić.

Nagle przez całe pole bitwy przetoczył się nienaturalnie niski ryk, który aż odebrał mi dech. Momentalnie moje ciało zatrzymało się w bezruchu, a myśli zalał strach i panika. Inni kontynuowali walkę, pozostając głuchym na nienaturalny odgłos. 

Unoszący się pył został gwałtownie rozwiany, trafiając mnie w oczy i dostając sie do nosa. Przede mną ukazała się wielka, górująca istota. Kreatura miała ogromne, rozpostarte skrzydła, identyczne jak u nietoperza. Głowa przyozdobiona wielkimi rogami, zakręconymi jak u kóz. Cielsko o nienaturalnych proporcjach, o chropowatej, czarno czerwonej skórze. 

Bestia leniwie rozglądała się po pobojowisku, patrząc z góry na walczący ze sobą tłum. Nie mogłem odwrócić wzroku od tego stworzenia. Oczy paliły mnie od drobinek piasku, a mimo to nie mogłem przestać na nią patrzeć. 

Monstrum, przeczesując wzrokiem pole bitwy, zatrzymało się na mnie. Na moment wszystko zwolniło tempa a odgłosy ucichły. Nastała nienaturalna cisza, wręcz intymny moment między mną z nim. 

Moja uwaga skupiła się na oczach, których intensywny żółty kolor zaczął mnie hipnotyzować. Moje zmysły skupiły się tylko na potworze. 

Dopiero gdy kreatura odwróciła wzrok poczułem się uwolniony z jej wpływu. Zanim zdałem sobie sprawę z tego, czego doświadczyłem, zalała mnie fala wizji. Czułem i widziałem swoją śmierć. Sceny jak umieram tu, na tym polu bitwy, by zaraz poczuć paraliżujący ból w plecach i ujrzeć siebie duszącego się własną krwią, leżącego na drewnianej podłodze, otoczony przez nieznane mi osoby.  

Jedyne co mogłem zrobić, to krzyczeć ile sił w płucach. Ale gdy wziąłem wdech, żaden odgłos nie wyszedł z moich ust. Świat zawirował a ja padłem prostu w piasek.

W nicości słyszałem głos, znany, a jednak obcy. 

 

Interesujące, prawda? Wmawia się człowiekowi całe swoje życie że trzeba tylko chcieć, a marzenia się spełnią. Ale rzeczywistość to nie fantazja, prawda? Nie ma magicznego sposobu, by naprawić swoje błędy. Nie można się ot tak, wyrwać kartki i napisać coś na nowo. 

Tak bardzo chciałeś być wojownikiem, ale czy byłeś świadom, co za tym idzie? Pozowanie w zbroi i podrywanie panienek to tylko malutka część pełnego obrazu. Bo, jak widać, gdy trzeba walczyć za swoją ojczyznę, a nawet zabić… nie każdego stać na to. Nie każdy nadaje się na żołnierza.

Żaden poeta ani polityk nie wie, co znaczy stać w linii frontu i patrzeć, jak ludzie wokół umierają. 

Tak, człowiek to interesujące stworzenie. Przemoc Przychodzi wam tak bardzo naturalnie. Zgodzisz się z tym, Makoto Sasaki? Jestem ciekaw, jak ty do tego podejdziesz. Pokaż, co żołnierz, który przeżył piekło, zrobi by przeżyć.

Czas się zbudzić. 

 

Gdy głos ucichł, niczym sen rozmazane kształty i przytłumione odgłosy zaczęły pojawiać się  znikąd. 

Poczułem pod stopami miękkość bambusowej maty. Dłonie zaciskały się na drewnianym mieczu, którego rekojeśc była już wyrobiona. Znane mi zapachy uderzyły w mój nos. Wyprane ubrania do treningu, spocona skóra i wiosenne powietrze wpadające do dużej i otwartej sali. 

Obraz przed moimi oczami wyostrzył się i ujrzałem bardzo znajomy mi widok. Był to moment, gdy zdawałem egzamin na pierwszy stopień mistrzowski. 

Moi rodzice siedzieli na tyłach sali. Uczniowie, pośród których byli i moi przyjaciele, spokojnie i cierpliwie siedzieli wzdłuż mat. Mistrz patrzył na mnie z uznaniem, trzymając czarny pas w dłoniach. 

Pamiętam, że byłem niezwykle dumny tego dnia. Czułem, że mogę wszystko. przypomniałem sobie uśmiech ojca, łzy matki, przekomarzania z przyjaciółmi, spacer do domu i na koniec, wystawny obiad z rodziną. 

 

Kątem oka dostrzegłem inny obraz. Byłem starszy, bliżej swojego obecnego wieku. Mistrz gratulował nam poboru do armii, gdy ja z przyjaciółmi siedzieliśmy w czwórkę, oświetleni przez kilka lampionów, z czarkami napełnionymi alkoholem z ryżu. 

Mentor dawał nam ostatnie porady, ale nie pamiętam co wtedy mówił. Pamiętam tylko, że sam fakt prywatnej rozmowy z mistrzem był dla mnie bardzo ważny. Czułem się jak ktoś, kto przestaje być tylko uczniem, ale staje się kimś więcej. 

 

Patrząc na tą scenę, poczułem inny, niepasujący zapach dochodzący do tej sceny. szybko przypomniałem sobie, że to moja ulubiona potrawa. W powietrzu unosił się zapach deszczu i aromatyczna zupa. Pamiętam ten wieczór. To był moment, kiedy powiedziałem rodzicom, o wstąpieniu do armii. 

Ojciec siedział po mojej prawej, z uśmiechem czytając list potwierdzający moje wstąpienie w szeregi armii cesarstwa. Mama, z zatroskaną miną, siedząca naprzeciwko mnie, nakładała na talerz mojej uluibonej zupy. Ledwo pamiętam, co tego wieczora mówili do mnie. Bardziej kojarzyłem swoje emocje. Niepewność  pomieszana z dumą, ze skrytą głęboko pewnością siebie. 

Ta myśl przywołała zapach perfum, które znałem. Moim oczom okazała się moja dziewczyna, przykryta kołdrą, przytulona do mnie po naszych intymnych uniesieniach. 

Pamiętam, że gdy leżeliśmy, zadawała mi pytania o to, kiedy wrócę, ile zarobię, czy jej nie zostawię i czy będę bezpieczny. Moje odpowiedzi były wręcz jak ojca do mamy. logiczne, aroganckie i pewne siebie.

W końcu i to wspomnienie ulotniło się, tym razem  zostawiając mnie na powrót w absolutnej ciemności. Zamknięty z własnymi myślami, pośrodku niczego. Dopiero jasne światło zaczęło rozpraszać mrok. Tak samo oślepiające, co słońce na pustyni.