Rozdział drugi
Otworzyłem oczy, które natychmiast zmrużyłem. Promienie słońca świeciły mi prosto w twarz. Chciałem się odwrócić, ale coś nie pozwalało mi się ruszyć. Przypomniałem sobie, że dalej jestem na pustyni a to co wydarzyło się przed chwilą wcale nie było złym snem.
Świadomość, że to co uniemożliwia mi obrócenie się na bok to ciało mojego przyjaciela, przeraziła mnie. Próbowałem zdusić w sobie natłok emocji, ale z dość marnym skutkiem. Łzy same spływały mi po twarzy, a z gardła wydobywał się zduszony szloch. Leżałem tak do momentu, gdy byłem w stanie zapanować nad sobą.
W tym czasie myśli powędrowały do ostatnich wydarzeń. Potwór, bitwa, dziwna lecz znajoma retrospekcja swojego życia, i ten głos w mojej głowie. Nie tyle głos, a bardziej… odczucia. Jakby myśli, które miały kształt. To wszystko wydawało się tak nierealne, że na samą myśl cicho się zaśmiałem, co przerwało potok moich łez.
Przez pobojowisko przeszedł krzyk. Zareagowałem instynktownie, podnosząc się na łokciach i rozglądając się po okolicy. Widziałem tylko masę leżących obok mnie ciał.
Skrzek za moimi plecami omal nie przyprawił mnie o zawał serca. Sęp, z dziobem ubrudzonym od krwi i kawałkiem oderwanej i zwisającej skóry rozłożył właśnie skrzydła. Dostałem nadwyraz duży zastrzyk sił, który pozwolił mi wydostać nogi spod zwłok przyjaciela. Odczołgałem się kawałek i wymiotowałem.
Poczułem od razu ulgę. Jak wstałem, spłoszyłem grupę padlinożerców, które poderwały się do lotu. Skupiło to czyjąś uwagę, bo zacząłem słyszeć pokrzykiwania z daleka.
Będąc już na nogach, rozejrzałem się w poszukiwaniu ich źródła. W oddali postacie ubrane na biało, chodzące się między zwłokami, wskazywały na mnie rękami. Nie miałem pojęcia, kim oni są.
Poprawiłem swój pas i zdałem sobie sprawę, że nie mam miecza. Fala strachu przeszła mi po ciele. Zacząłem gorączkowo rozglądać się naokoło siebie, ale jedyne co widziałem, to ciała poległych. Zanurkowałem do miejsca, z którego się wygrzebałem i zacząłem gorączkowo przesuwać i odpychać zwłoki.
Jest! Niebieska rękojeść z białymi ozdobami błysnęła pod stosem nieboszczyków. Chwyciłem ją bez namysłu i energicznym ruchem wydobyłem do spod piasku.
Chwilą na niego patrzyłem, przypominając sobie moment, gdy ojciec zabrał mnie do kowala by ją kupić. Moja pierwsza broń. Był to wyjątkowy dzień dla mnie. Chłopiec, który stał się mężczyzną. Ucałowałem ostrze i schowałem broń do pochwy.
Ruszyłem przed siebie chybotliwym krokiem. Patrzyłem na to, co mnie otacza. Martwi żołnierze po obu stronach, leżący w groteskowych pozach. Gdzie nie spojrzałem, widok był ten sam.
Zbliżyłem się do dwójki osób ubranych na biało, które widziałem z daleka. Musieli to być tubylcy, bo rozmawiali ze sobą w typowy dla tego państwa sposób. Chwilę się im przyglądałem by zrozumieć, co tu robią. Obmacywali martwych, patrząc na palce i szyje. Gdy któryś miał biżuterię na sobie, wyrywali ją bez szacunku. Wszystko wrzucali do wiklinowych koszy postawionych nieopodal.
Czułem odrazę i gniew. Już chciałem jakoś reagować, zrugać ich, ale jedyne co byłem w stanie, to stać w miejscu.
Pomyślałem, że to daremne. Fizycznie i psychicznie nie miałem sił wdawać się w jakiekolwiek spory. Oddaliłem się od hien cmentarnych i poszedłem przed siebie.
– Dzień dobry!
Uniosłem wzrok. Przede mną stał tam ubrany jak inni , w biel, mężczyzna z pokaźną, czarną brodą. Uśmiechał się serdecznie.
– Dzień dobry! – rzucił ponownie Z tym samym entuzjazmem co chwilę temu. Dopiero teraz dotarło do mnie, że mówi w moim ojczystym języku. Kaleczył go swoim akcentem, ale byłem i tak w stanie go zrozumieć.
Odpowiedziałem z nowo odnalezionym zapałem.
– Tak, tak, dzień dobry!
– Dzień dobry! – Usłyszałem ponownie. Westchnąłem zrezygnowany Gość znał tylko garść słów i tyle.
Ten ruszył, nawołując mnie gestem ręki, bym podążał.
Tubylec zaprowadził mnie do pokaźnego wozu. Szybko posadził mnie na skrzyniach, a jego towarzysze podali mi bukłak z wodą i ich tradycyjny chleb. Przyjąłem je bez gadania, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo byłem głodny i spragniony.
W czasie, gdy pochłaniałem jedzenie, ci głośno rozmawiali, gestykulując i pokazując co rusz na mnie. Musiałem być sensacją. Z ich perspektywy to miejsce to cmentarz. Aż tu nagle jeden ze zmarłych wstaje i wcina ich chleb.
Myślami wróciłem do ostatnich chwil przed moim omdleniem. Wspomnienie tego monstrum wywołało ciarki. To spojrzenie, a potem ten głos w głowie. Normalny człowiek uznałby to udar. Ale w tym wszystkim nie było nic normalnego.
Z moich rozmyślań wyrwał mnie jeden z rozmówców. Na piasku narysował coś na kształt domu. Zaczął coś mówić, wskazując to na mnie, to na wóz i na świeżo narysowany symbol. Twierdząco kiwnąłem głową, mając nadzieję, że ma w planach odwiezienie mnie do cywilizacji.
Jadąc na wozie, pośród przedmiotów, które do niedawna należały do żywych, zacząłem zadawać sobie pytania. Co dalej? Wracać na front? Jaka jest procedura? Do kogo mam się zgłosić? I czy naprawdę tylko ja przeżyłem? W sumie, jak to możliwe, że z regimentu, liczącego sobie ponad tysiąc osób, tylko ja mam przywilej żyć dalej? A mimo to, nie widziałem nikogo z moich rodaków.
Oceniasz ich, prawda? Odrażające potwory, żerujące na ciałach poległych. A może zdesperowani ludzie, którzy próbują przetrwać? Wszystko zależy od perspektywy, prawda?
Człowiek doskonale odnajduje się w ocenianiu innych, wytykając ich błędy i szukając wad. Ale sami ledwo co dostrzegają swoje.
Byłeś kiedyś tak bardzo zdesperowany, żeby usprawiedliwić kradzież? Oczywiście, że nie. Ale poczekaj. Całe życie przed tobą. Bo jak to mówią, nigdy nie mów nigdy. W końcu nie winisz sępa za to, że je padlinę.
