Wysoki mężczyzna klęczał i zbierał połamaną płytkę, brudząc się przy tym zastygającym klejem. Łazienka była całkowicie nieogarnięta, zdążył jedynie zamontować sedes, ale mył się w misce. Po podłodze pałętały się niedopałki papierosów i butelki po napojach z dużą ilością cukru, głównie po sprite. Był uzależniony od cukru i nikotyny, ale akurat z tymi nałogami jeszcze nie walczył.
Sam robił cały remont: szło mu to całkiem sprawnie, choć nie miał zbyt dużego doświadczenia, stąd nie wszystko wyglądało idealnie.
Dostał to mieszkanie miesiąc temu. W sumie, nie trafiło mu się źle: może i powierzchnia nie była największa, ale przynajmniej nie musiał już tułać się po squatach i po raz pierwszy w życiu czuł, że te trzydzieści metrów kwadratowych stanie się jego prawdziwym, jedynym miejscem na ziemi, które będzie mógł uważać za swoje.
Wspomnienia zalały jego myśli.
Miał za sobą długą drogę; od zawsze otaczali go niewłaściwi ludzie. W wieku trzynastu lat po raz pierwszy doświadczył działania kokainy, papierosy natomiast towarzyszyły mu praktycznie od dziecka, kiedy podkradał niedopałki z popielniczki stojącej na stole w kuchni. Jego matka była zniszczoną kobietą a jego ojciec był policjantem. Kiedy żył, robił w domu piekło. Bił swoją rodzinę pod byle pretekstem i jedynym, co sprawiało, że przestawał, było upojenie się alkoholem. Z resztą, później już nawet nie potrzebował pretekstu. Wracał do domu i zaczynała się zabawa: kto pierwszy wpadł mu w ręce, ten miał tego dnia zaszczyt oberwania z wejścia. Rozwalał przy okazji pół mieszkania, które następnie kazał sprzątać. Potem szedł do kuchni, siadał przy stole i czekał na obiad; matka często gotowała właściwie tylko dla niego, zostawiał jej bowiem tak mało pieniędzy, że reszta domowników załapywała się głównie na ziemniaki i cebulę.
Ojciec był kimś, kogo nie szło kochać. Nie dało mu się wybaczyć. Lew był w jego oczach przeszkodą i nadzieją jednocześnie: próbował z niego zrobić hardego mężczyznę, który w przyszłości nie da sobie w kaszę dmuchać, jednak jedyne, czego się wówczas nauczył, to tego, że nigdy przenigdy nie zostanie swoim ojcem.
Matka często płakała. Ale nie robiła nic, by to powstrzymać; kiedy ojciec zasypiał na kanapie, sama sięgała po alkohol, sprzątała dom i szła spać, nie przejmując się za bardzo tym, czy dzieci zjadły, umyły się czy też odrobiły lekcje.
Jego rodzina nie była pod tym względem wyjątkowa; w latach ’90 większość tatusiów z komisariatu była narwana i uzależniona od alkoholu. Praca w Wałbrzychu oznaczała walkę z biedaszybami, codzienne przebywanie w melinach i brak jakichkolwiek perspektyw na awans, bowiem braki kadrowe i brak funduszy na służby mundurowe skutecznie odstraszały młodych. Jego ojciec żył więc tak, jak jego koledzy: bez celu, czekając, aż nadejdzie emerytura.
Dzieci policjantów natomiast były najgrzeczniejszymi, najbardziej potulnymi egzemplarzami w szkole. Nie było mowy o tym, żeby zrobić cokolwiek, co mogłoby ściągnąć gniew ojca. Tak przynajmniej wyglądało to na lekcjach. Poza szkołą bywało różnie. Jedni uciekali prosto do domu, żeby uniknąć łomotu od większych kolegów, inni wyczekiwali na słabszych, żeby móc się na nich wyżyć. Trzecia grupa nie była ani tu ani tu: nie dawali się bić i potrafili o siebie zawalczyć, ale i jednocześnie nie prowokowali bójek bez sensu. No, przynajmniej dopóty, dopóki nie potrzebowali pieniędzy. Wtedy byli jeszcze gorsi od oprawców.
Trzecia grupa wyładowywała swoje emocje inaczej: szybko się zorientowali, że alkohol i papierosy pomagają redukować stres i czerpali przyjemność z robienia tego, co ich rodzice: dawało im to namiastkę wizji, że są już na tyle dorośli, żeby decydować sami o sobie. Tak oczywiście nie było: zawiani tanim winem wracali po szkole do domu, by odebrać kolejną dawkę łomotu za spóźnienie. Ale alkohol pomagał: nie tylko nikt go nie czuł, bo rodzice sami przesiąkali jego zapachem zanim się wróciło do domu, ale też pomagał znieść lanie.
Lew szybko dołączył do trzeciej grupy. Jego starsza siostra, Kaśka, próbowała go od tego odseparować, ale jako że sama nie stroniła od używek, szybko dała sobie spokój.
Z resztą, Kaśka i tak długo nie wytrzymała. Kiedy w wieku 16 lat zaszła w ciążę, ojciec spuścił jej taki łomot, że uciekła z domu i nikt jej już więcej nie widział. Ojciec zakazał wspominać o istnieniu „małej dziwki”, a matka posłusznie nie poruszała tematu, choć czasami tęsknie zerkała na pokój córki.
Kiedy zabrakło Kaśki, zabrakło jedynej osoby, którą w ogóle interesowało, co Lew robi.
Lew był więc alkoholikiem praktycznie od zawsze. Wraz z kumplami nawiązali kontakt z Rambo, lokalnym żulem, który kupował im wszystko, co chcieli, a w zamian mógł kupić też coś dla siebie. Rambo był zwykłym szczurem, który obciągnąłby każdemu, kto zaoferowałby kupienie mu czegokolwiek z alkoholem (raz wydębił od przechodnia płyn do szyb, który wypił na jego oczach), ale akurat dla Lwa i jego kolegów był idealnym rozwiązaniem. Gdyby sami weszli do sklepu, bez problemu kupiliby alkohol: Wałbrzych w tamtym czasie słynął z tego, że rodzic wysyłał dziecko po kolejną porcję alkoholu do spożywczego, bo nie był w stanie tam dojść. Ale istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś ich podkabluje, a wtedy mogło się zrobić niebezpiecznie.
Więc Rambo kupował im alkohol, dostawał w zamian piwo lub dwa, a oni szli na pustostan nieopodal szkoły.
W mieście było wiele zapuszczonych budynków. Wiele z nich stanowiło istną wylęgarnię bezdomnych, ale ten konkretny był na tyle blisko szkoły, że jakoś żadna grupa nie zadomowiła się na stałe. Jedyne, na co musieli uważać, to na starszych squattersów, którzy nieraz już pognali ich z rozbitymi butelkami w rękach.
Czasem nawet musieli na jakiś czas zaprzestać przychodzenia do pustostanu, ale zawsze w końcu dana grupa odpuszczała i szukała kolejnego. Kiedy tylko robiło się za głośno, szkoła od razu informowała policję, a tamci przepędzali lokatorów. Dopóki więc Lew z kolegami siedzieli tam cicho, to mieli całkiem niezłą bazę.
Pewnego razu natknęli się w środku na grupkę około dwudziestoletnich punków. Lew doskonale pamiętał, że bił od nich specyficzny zapach potu, skórzanych kurtek, rdzewiejącego metalu, papierosów i taniego wina. Jeden z nich miał czerwonego irokeza, który był tak wysoki, że Lew zastanawiał się, jakim cudem ta konstrukcja się trzyma. Był ubrany w mocno zużytą ramoneskę, starte czarne dżinsy z przewiązaną w pasie koszulą w czerwoną kratę i bez koszulki, za to z naszyjnikiem zrobionym z kapsli i zawleczek po piwie i w glanach z różnokolorowymi sznurówkami. Był tak wysoki i chudy, że Lwu wydawało się, że niewiele brakuje, żeby grawitacja wykrzywiła mu kręgosłup. Ta chudość nie miała jednak nic wspólnego ze słabością; kiedy w uszach punka chłopak dostrzegł wiotką, zaczerwienioną skórę, jakby ktoś wyrwał mu z niej tunel, od razu wiedział, że posiadacz irokeza jest niebezpiecznym człowiekiem.
Lew słyszał, jak ojciec rozprawiał o bandzie „kogutów z Berlina”, którzy to tułali się po mieście, okradali sklepy i ludzi i nosili przy sobie broń tak brudną, że nawet, jeżeli ktoś nie oberwał mocno, to mógł umrzeć od samego syfu, który przenosił się do ciała od rozcięcia. Ojciec też bardzo dokładnie opisał, jak ścigali ową grupę po placu magistrackim, i że jednemu z jego kolegów udało się strzelić w ucho kogutowi z czerwonym irokezem, ale skubani uciekli i schowali się gdzieś. Oczywiście ojciec nie dbał o bezpieczeństwo syna, tylko zagroził mu, że ma się nie zadawać z takimi ludźmi, bo… no cóż, groźba była nieistotna. Lew wiedział, co ojciec potrafi.
Zatem kiedy wraz z kolegami poszli po szkole do pustostanu i zobaczyli stojącego przed nimi koguta z urwanym uchem, Lew wiedział doskonale, że sytuacja jest niebezpieczna.
Zatrzymał się w drzwiach i niespokojnie rozglądał po twarzach przybyszów. Było ich ośmiu; każdy niemniej kolorowy, z luźno ułożonym ciałem i przynajmniej dwoma ostrymi narzędziami zaczepionymi o szlufki w spodniach. Stali z puszkami najtańszego piwa w rękach i puszczali muzykę z wielkiego boom boxa.
Jak tylko czerwony kogut zeskoczył z parapetu i ruszył w ich kierunku z uśmiechem na ustach, koledzy Lwa rozpłynęli się w powietrzu.
– Co tam, gnojku? – zagaił gardłowym głosem, w którym słychać było lata nałogowego palenia papierosów bez filtra.
Lew nie powiedział nic. Wmurowało go w ziemię. Patrzył spod rzęs na koguta i zastanawiał się, co może zrobić, żeby tylko go nie sprowokować.
– Fajnych masz kolegów, że cię tak zostawili. – Mruknął kogut opierając się niedbale o framugę, tak, że dzieliło ich od siebie dosłownie kilka centymetrów. Lew musiał się powstrzymać, żeby się nie cofnąć: kogut śmierdział jak gnijące śmieci. Od tego zapachu łzy napłynęły mu do oczu. Wiedział jednak, że płacz to najgorsze, co można zrobić: nieraz ojciec już miał przerwać bicie, ale gdy tylko na twarzy Lwa dostrzegł łzy, postanawiał dać mu kolejną porcję, żeby oduczyć go płakania „Masz być mężczyzną! Nie cholerną beksą!”.
Więc choć teraz nie chciało mu się płakać z emocji, a łzy cisnęły mu się do oczu od zapachu, to walczył ze wszystkich sił, aby żadna nie pojawiła się na policzkach. Mrugał mocno i próbował się przy tym nie cofnąć.
– Jak masz na imię? – Zapytał kogut. Ze zdziwieniem Lew zauważył, że w jego głosie da się poznać rozbawienie.
Podniósł wzrok. Kogut nadal stał oparty o framugę. Jego źrenice były wielkie jak spodki i Lew zastanawiał się, co mogło sprawić, że nabrały takich rozmiarów.
Nie wiedział, co robić. Nie chciał odpowiadać, ale też nie wiedział, jak ma się stąd wydostać. Gdyby teraz rzucił się do ucieczki, może i by mu się to udało, ale za długo się sobie przypatrywali. Lew wiedział, że jeżeli dobrze tego nie rozegra, to jego ojciec może się dowiedzieć, że się poznali z kogutem.
Nie odpowiedział. Z wilgotnymi oczami wpatrywał się w czerwonego koguta.
Ten tylko się zaśmiał. Podniósł za to rękę. Szybko i niespodziewanie.
Lew szybko się skulił. Odruch. Nie ruszył się jednak z miejsca.
Kogut spochmurniał.
– Przecież cię teraz nie pobiję, młody. – Mruknął nieco zniesmaczony i… zaskoczony? – Jesteś tu sam, a nas jest ośmioro.
Teraz?
– Nie? – wyrwało się Lwu. Był przerażony i zastanawiał się, kiedy to „teraz” nadejdzie.
Kogut przychylił głowię na bok, po czym podniósł rękę do twarzy Lwa i ujął ją za brodę. Jego ręka była brudna a paznokcie czarne, więc Lew wzdrygnął się.
– Kto ci zafundował to limo? Chyba nie te cioty, które uciekły zostawiając kumpla samego?
– Nie.
Kogut czekał cierpliwie na odpowiedź.
– Przewróciłem się. – Powiedział spokojnie. Mówił to już nieraz. Każdemu wystarczyło, bowiem wszyscy wiedzieli, kim jest jego ojciec.
– Mhm. – Mruknął kogut. – Chodź młody, nie stój w przejściu. – Kogut wciągnął go za ramię do pokoju. Był przy tym zdumiewająco delikatny.
Lew rozejrzał się. Często nowi squattersi wnosili nowe rzeczy do środka. Nie inaczej było teraz: pojawiło się kilka materacy, których wcześniej tu nie było. Kogut wskazał mu jeden z nich, na środku którego była wielka plama.
Spojrzał niepewnie na koguta, a ten wzruszył ramionami.
– Są ujebane, ale pluskiew nie ma. Sprawdziłem, nic mnie w nocy w dupę nie użarło. – Roześmiał się, po czym spokojnie odwrócił, zajął z powrotem miejsce na parapecie i wziął od dziewczyny w zielonych włosach fifkę, z której straszliwie śmierdziało.
– No, młody. To jak chcesz, żeby cię nazywać? – Zapytał zaciągając się tym czymś ze szklanej fifki i układając usta jakby właśnie zapalił papierosa, ale z jego ust nie wydobył się żaden dym.
– Jak chcę? – zapytał zaskoczony Lew.
Kogut roześmiał się. W ślad za nim poszli jego towarzysze.
– Nie będę ci przecież sprawdzał legitymacji. Możesz sobie wymyślić imię.
Lew chwilę się zastanowił.
– Son Goku? – Zapytał nieśmiało.
Kogut ponownie wypuścił z ust niewidoczny dym.
– Son Goku, ha? Jak dla mnie możesz sobie nawet wybrać Jezuska. – Uśmiechnął się. – Tutaj każdy z nas wybrał sobie imię, jakie chce.
Lew zaczął się delikatnie rozluźniać. Skoro kogut nie zna jego prawdziwego imienia, to istnieje mniejsze ryzyko, że cokolwiek dotrze do ojca.
– A ty? Jak się nazywasz? – zapytał nieśmiało.
– Ja jestem Dakar. To jest Eva – dziewczyna w zielonych włosach delikatnie się uśmiechnęła – Krochmal – wielki typ z łysą głową – Zeiss – chłopak z zielonymi sznurówkami w trampkach i bardzo tłustymi, jasnymi włosami – Odyn – brunet w okularach z jednym szkłem – Toskania – ruda dziewczyna z rozmazanym makijażem – Flet – chłopak w marynarce w paski – oraz Niuniek – tęgi typ przypominający budową niedźwiedzia.
– To co, Son Goku – powiedziała Toskania. – czego tu szukałeś?
Lew spojrzał na swoje trampki.
– Niczego nie szukałem. Czasami tu po prostu przychodzimy…
Kilka osób roześmiało się.
– Misiu złoty. – Mruknął ktoś, chyba Eva – Przecież słyszymy, że jakieś szkło ci stuka w plecaku. I to raczej nie jest bigos od babci.
Lew poczerwieniał.
– Co, pierwszy alkohol? – ciągnęła Eva.
– Tak. – szepnął Lew. – Nie. – Dodał. Nie chciał kłamać. Kłamstwo mogło się źle skończyć.
Przez chwilę panowała cisza, podczas której wszyscy obecni w pomieszczeniu wpatrywali się w Lwa. Ich spojrzenia mocno się od siebie różniły: w jednych dało się dostrzec strach, natomiast inne były groźne, pełne niemej agresji.
Zaraz jednak zaczęli między sobą szeptać. Do Lwa docierały poszczególne słowa, z których wywnioskował, że niektórzy nie są zadowoleni z tego, że chłopak nie uciekł wraz z kolegami, tylko bezczelnie wpatrywał się w ich grupę. Ktoś westchnął, próbując delikatnie zwrócić uwagę na to, że mają do czynienia z chłopcem, a nie z tajniakiem, ale słowa te szybko zostały zagłuszone przez snucie planu pozbycia się młodego szpiega.
Ktoś (Zeiss?) rzucił spojrzenie Niuńkowi, a ten bez zawahania podszedł do chłopaka i zabrał mu plecak jednym szybkim ruchem. Wyciągnął ze środka trzy butelki taniego wina i podał Dakarowi, Zeissowi i Evie.
Odyn wpatrywał się w Lwa z grymasem na twarzy. Toskania natomiast zerkała nerwowo na Fleta, który wyciągnął z kieszeni scyzoryk i bezwiednie bawił się nim, wbijając przy tym wzrok w plecak chłopaka.
– No, no. – Mruknął Dakar wstrząsając butelką. – Gustu, to my chyba nie mamy, co synek?
Lew przez chwilę nie zorientował się, że te słowa są kierowane do niego.
Cała grupa znów zaczęła szeptać między sobą, rozbawiona i coraz bardziej podekscytowana. Tylko Toskania rzucała nerwowe spojrzenia na Dakara, a ten z kolei, przekazawszy jabola Krochmalowi, który zdawał się uczestniczyć we wszystkim tylko dlatego, że tu stał, spokojnie kręcił głową.
To, co wydarzyło się chwilę później, już na zawsze wypali się w pamięci Lwa.
Dakar doskoczył do niego jednym susem. Złapał go za włosy i delikatnie odciągnął głowę do tyłu. W dłoni trzymał scyzoryk, który zabrał Fletowi.
– A teraz, Son-Gokuś, coś sobie wyjaśnimy. Nie jesteśmy miłymi kolegami z klasy i właściwie, gdyby te kłębki gówna, które tu z tobą przyszły, nie uciekły zostawiając cię samego, to pewnie wszyscy dostalibyście wpierdol. Ale wiesz, mam słabość do ludzi, którzy zostali wychujani przez innych. Dlatego zamiast wpierdolu, dostaniesz lekcję. I obyś zapamiętał ją na całe życie. Nigdy nie dbaj o cudzy zadek, zawsze najpierw myśl o sobie, bo nieważne, jak bardzo będziesz się starał, to i tak wyjdziesz na tym jak Zabłocki na mydle. Ludziom się nie ufa, Son-Gokusiu. O nie. Ludzi się trzyma za mordę – Dakar zacisnął palce na jego włosach, sprawiając, że szyja Lwa nagięła się do niemożliwego wręcz kąta. – Mają się ciebie bać, rozumiesz robaczku? Mają ci patrzeć w oczy i modlić się, żeby spotkanie z tobą nie było ostatnim, co ich w życiu spotka. A jeżeli kiedykolwiek ktoś cię wychuja, to pamiętaj, że mu na to pozwoliłeś, bo zamknąłeś oczy i nie byłeś dość uważny. Więc teraz zamkniesz oczy, Son-Gokuś, a ja ci zostawię pamiątkę, żebyś nigdy nie zapomniał, że się znamy. I że Dakara nie wolno wychujać.
Dakar puścił włosy chłopaka, ale złapał go za lewą rękę i mocnym ruchem wyprostował ją, odsłaniając przedramię. Lew wpatrywał się w niego ogromnymi oczami, które teraz znów zaczynały być mokre. Znów nie zamierzał dopuścić do tego, by wyciekły z nich łzy. Dakar przełożył nożyk do swojej prawej ręki i wykonał pierwsze nacięcie. Pozioma kreska wypuściła stróżkę krwi, która zaczęła płynąć po skórze. Lew zdusił w sobie krzyk.
– W imię ojca. – powiedział Dakar podczas pierwszego cięcia – I syna. – Wykonał kolejne cięcie pod kątem prostym, tnąc tym razem z góry na dół. – I ducha przeklętego. – Kolejna pozioma linia, tym razem na dole. Tym razem się uśmiechnął. – Anarchia! – Ostatnie cięcie ukazało krzywy prostokąt.
Dakar puścił rękę Lewa i przyłożył umorzony we krwi nożyk do swoich ust.
– Niech ci, mój Son Goku, ta mała pamiąteczka przypomina, żebyś nigdy nikomu nie powiedział o tym, że się poznaliśmy. Ani gdzie byłeś. Ani co zobaczyłeś. – Poklepał go po policzku. – A teraz ciocia Toskania odprowadzi cię do wyjścia.
Dakar podniósł się i wrócił na parapet. Jego uśmiech był szeroki, jednak nie sięgał oczu: w nich szalał gniew.
Toskania wyrwała plecak z rąk Niuńka, złapała Lwa za ramię okaleczonej ręki i szybkim ruchem pociągnęła za sobą.
Milczeli podczas drogi do wyjścia. Jedynym dźwiękiem były stłumione głosy dochodzące zza nich i stukot ich butów rozkruszających leżące na podłodze szczątki szkła i innych odpadów. Po chwili dołączył do tego coraz cięższy oddech Lewa.
Zatrzymali się przy pozostałości drzwi wiodących na zewnątrz. Były całe podziurawione: drewno już dawno zmurszało i poddało się działaniom natury, a przez powyrywane gdzieniegdzie deski świszczał wiatr.
Toskania przez chwilę grzebała w plecaku chłopaka. W końcu udało jej się znaleźć w środku paczkę chusteczek. Wyciągnęła jedną i przyłożyła do rany, po czym naciągnęła materiał bluzki na ten prowizoryczny opatrunek.
Kiedy podniosła wzrok, Lew zobaczył w jej oczach łzy.
– Nigdy tu nie wracaj. Nie wychodź z domu kiedy nie musisz. Nie szlajaj się gdzie nie trzeba. – Założyła Lwu plecak na plecy i westchnęła.
– Dakar uratował ci dzisiaj skórę. Ale nigdy nikomu nie pokazuj ramienia. Umyj rękę i nikomu jej nie pokazuj. Nie wolno ci iść do szpitala z nią. Jeżeli ktoś cię kiedyś spyta, to powiesz, że sam sobie to zrobiłeś, bo widziałeś to w komiksie czy gdzieś… wymyślisz coś.
Po czym wypchnęła Lwa na zewnątrz.
Przez wszystkie lata bycia bitym i poniżanym przez ojca Lew nauczył się nie płakać. Tego dnia jednak, stojąc plecami do rozpadającego się budynku, który był jego symbolem wolności i buntu przeciw ojcu, pozwolił sobie w końcu na to, by łzy pociekły swobodnie po policzkach. Czuł się okradziony, ale nie z powodu tych trzech butelek wina: okradziono go z możliwości uciekania od potwora. Od tych nielicznych chwil, kiedy mógł udawać, że jest silny i może robić to, na co ma ochotę. Od możliwości znieczulania się tanim alkoholem, który sam nauczył się zdobywać, i przebywania w miejscu, które sam znalazł. Okradziony z przyjaciół, bo choć nie winił ich za to, że uciekli (sam też powinien to zrobić), to nie miał ochoty patrzeć któremukolwiek z nich w twarz.
Strach, który znał tak dobrze, przybrał teraz na sile. Stał się obezwładniający. Drobna, choć niebezpieczna i pozbawiona zdrowego rozsądku uciecha, jaką były wypady alkoholowe po szkole, została mu zabrana. Więc nie miał już właściwie nic, co pomogłoby mu odwrócić wzrok od domowego koszmaru.
Miał wtedy 13 lat. I nie wiedział, że nóż, którym wydarto mu kwadrat na skórze, był umorusany w kokainie. I że właśnie po raz pierwszy został odurzony narkotykiem.
Lew tamtego dnia porzucił wszelkie resztki swojej niewinności. Od tamtej pory łaknął tylko kolejnej ekstazy spowodowanej wzięciem narkotyku, kradł, pił i myślał o tym, jak zdobyć pieniądze na wszelkie używki.
Lew kilka tygodni później uciekł z domu. Tułał się po różnych miastach i miejscach, robił rzeczy, których nawet nie pamięta.
Lew w końcu wylądował w poprawczaku, gdzie siedział aż do ukończenia 18 lat. Później znów był na gigancie. Łapał prace na czarno, ale szybko je tracił. Pieniądze wydawał na alkohol. Zrobił sobie też mnóstwo tatuaży, mniej lub bardziej udanych.
Lew w końcu wylądował w więzieniu. Spędził tam 3 lata. Wyszedł rok temu.
Lew ma teraz 34 lata. Jest trzeźwy od niespełna roku. Siedzi na podłodze, którą właśnie układa własnymi rękami, by mogła stać się jego łazienką. Jedna z płytek pękła, bo ułożył ją do góry nogami, za późno się zorientował, próbował odwrócić i przy okazji ją rozkruszył. Ale nie ma już więcej płytek, więc ją sklei i będzie ok. Ma na ręku bliznę w kształcie koślawego prostokąta, która przypomina mu o dniu, gdy przestał ufać ludziom.
Dlatego wszystko robi sam.
Za chwilę Lew zorientuje się, że skończył mu się sprite i papierosy. Ubierze na siebie podniszczoną, poplamioną kapotę, która kiedyś była czarna i postanowi pójść do okolicznego spożywczaka. Po drodze znajdzie w bramie scyzoryk. Bardzo drogi scyzoryk dobrej marki. Schowa go do kieszeni i wyjdzie.
