Wielkość tekstu:

Spoiler – dwa późniejsze rozdziały

– Ruby? Jesteś w domu?

– Tak, coś się stało?

– Zostań tam zaraz będe. Jest z tobą Jack?

– Nie ma go tu miał jakiąś pilną sprawę. Powiesz mi w końcu o co ci chodzi?

– To nawet i lepiej.

– Emily!

– To nie rozmowa na telefon

– Emily! – próbuję jeszcze raz nakłonić ją do gadania. Jej głos brzmi jagby dowiedziała się czegoś okropnego. Jest pełen niepokoju.

– Mogę ci tylko powoedzieć że chodzi mi o to co stało się w kościele.

– Co?! Chcoci ci o ten sufit przecież zapadł się ze starości, to był tylko nieszczęśliwy wypadek że tam byliśmy. Sama mi to ostantnio tłumaczyłaś.

– To nie prawda, to wszystko prze tą psycholożkę Jacka. W końcu udało mi się to wszystko rozszyfrować. To ma logiczną całość.

– O czym ty mówisz.

– Wyjaśnię ci jak dojadę. Nie wiadomo czy nas nie podsłuchuje, wole nie ryzykować. Pa                                                                                                    

– Jak to! Emily? Halo! – Moje słowa nie dotarły już do niej w słuchawce słychać było tylko sygnał zakończonej rozmowy, a jednak ta rozmowa wiele po sobie pozostawiła. serce wali mi jak szalone, tak jakby dokuczliwy ptak chciałby się uwolnić z klatki a ciało drży jagby zaznało jakiegoś szoku. Ta wiadomość była przerażająca.

Czekałam na nią nieco podad 3 godziny jednak ani śladu po jej auta na naszym podjeżdzie. Coś musiało ją powstrzymać.

Mimo to coś nie pozwala mi się ruszyć, coś każe zostać mi tu gdzie jestem i czekać na to że jeszcze dziś się pojawi i powie to co było ważne.

Z minuty na minute co rac większa część mnie ma wątpliwości. Czy aby na pewno chce to wiedzieć. Wiem że sama jeszcze kilka dni wstecz myślałam że to nie mógł być wypadek, ani tym ardziej zbieg okoliczności. Ale Jack, Emily i całą reszta zapewniała mnie że tak było. Że nikt nie wawinił oprócz spruchniałej deski.

W końcu jednak mogłam liczyć na jakieś dowody. Pamiętam nasze spotkanie w salonie i rozmowe, wiem że coś na prawdę odkryła. Sama przyznała że mam nie wyciągać zbyt szybko wniosków, i upewniala mnie że to był zbieg okoliczności.

Zara potem jednak stwierdziła że wie więcej niż uważam, ale nie powie mi doputy nie dowie się czy to prawda na 100%.

I właśnie to musiało się stać.

Chwilę potem muj telefon delikatnie drgnął na stole

SMS: SORKI, ALE COŚ MI WYPADŁO, PRZYJADĘ JUTRO JAK TYLKO BĘDE MOGŁA. OBIECUJE. EM.

nie wierzy w sms bk zbyt bardzo chciała się spotkać itd itd.

 

Mija 2 dzień odkąd Emily obiecała że przyjedzie, może i martwię się na zapas i coś jej po prostu wypadło, zdarza się. Ale to że nawet bie odbiera ode mnie telefonu bardziej mnie przekonuje że coś się musiało stać. Ludzie nie znikają od tak. Jest tylko jeden sposób.

– Jack? Wiesz gdzie mieszka Emily? – pytam, to jedyna osoba która może mi podać jej adres no chyba że moja mama by wiedziała, ale to bez sensu tracić czas by do niej zadzwonić i tłumaczyć po co mi on.

– Przy Dove Road, zaraz za krzyżówką taki biały budynek po lewej stronie… chyba nr. 12? Ale nie jestem pewny.

– Dziękuje! – odpowiadam chwytając torebke z telefonem i wychodząc.

– A po co ci on? Ruby!  – krzyczy za moich pleców, ale się sie odwracam. Od paru dni mówiłam mu że cos sie stało z Emily, ale się tym nie przejmuje. dlatego muszę wziąć sprawy w moje ręce.

Stukam palcami w ekran telefonu i szukam najszybszej drogi do jej domu. Jest! Niecałe 10 minut w porównaniu do tego co przeszłam kiedyś niosąc garnitur to będzie bułka z masłem. Gorzej jedynie będzie znaleźć ten 1 dom, szkoda że Jack nie zna dokładniejszej lokalizacji. Ale nic na to nie poradzę.

Droga minęła mi tak szybko że nawet nie pamiętam gdzie byłam przed chwilą. Choć może być to wynikiem stresu jakie wywołują moje myśli na temat tego co mogę tam zastać i tego czego nie musze. Czemu ja muszę być taką pesymistką? Mogła po prostu wyjechać lub i wyłączyć telefon aby odciąć się od ludzi i odpocząć. To drugie wydaje się strasznie nie w jej stylu. Nic co się stało do tej pory takie nie jest.

Zaraz nie wytrzymam napięcia. Dłonie zaczynają mi się trząść, a myśli mocno napierają do mojej głowy. Niekoniecznie te optymistyczne.

STOP! Łapie się za głowę i przystaje na moment. Nie potrzebnie się nakręcam. Mogłam jednak poprosić Jacka a to by poszedł ze mną. Teraz jest już za późno.

Stoję przy krzyżówce i rozglądam się wokół. Pełno tu domów jednorodzinnych, na szczęście tylko jeden jest tu biały, reszta hest raczej bardziej ceglana i kolorowa co jest dziwne bo przy mojej ulicy znajdowałam tylko białe budynki.  

Przechodzę przez przejście dla pieszych i idę śnieżką z kostki brukowej do jej drzwi. Dom jest mały ale za to cudowny. Przed drzwiami po ich obu stronach stoją dwa marmurowe słupy. Z boku domu jest balkon który służy też jako garaż dla jej auta. Czarnego nissana który właśnie tam stoi. Przynajmniej mam pewność że nigdzie nie wyjechała.  

Podchodzę do drzwi frontowych, biorę głęboki wdech i dzwonie dzwonkiem. Potem kolejny raz i kolejny. Ale nic nie działało, a w środku nie było słuchać najmniejszego ruchu. Zdenerwowana zaczynam uderzać w nie pięściami i dopiero teraz zauważam że są uchylone. To niepokojące. Nagle czuje jak moje ciało przeszywa ciepły dreszcz a serce zaczyna walić jak szalone. Musiałam coś wykrakać, no musiałam – myśle winiąc sama siebie .

Chwytam klamkę i delikatnie uchylam drzwi.

– Emily?! – wołam gdy wchodzę do środka. Panuje tu ciemność i zimno. Jagby te drzwi były otwarte przez co najmniej  2- 3 dni. Nigdzie jednak nie widzę ani śladu Emily. Schodzę czujnym krokiem do przedpokoju i się rozglądam. Otwieram pierwsze drzwi, zapalam światłu i wodzę wzrokiem po pomieszczeniu które okazało się małą łazienką. Otwieram następne po przeciwległej stronie, i następne… Aż wchodzę do otwartej przestrzeni na końcu korytarza. – Halo! – wołam z nadzieją że gdzieś ją przeoczyłam i wyjdzie z innej pokoju. Z czujnym krokiem idę dalej oglądając się co chwila za siebie. Korytarz kieruje mnie na oświetlony salon. To miejsce coraz bardziej powoduje u mnie ciarki. Mam nadzieje że to tylko zwykły kawał i wyjdzie zza drzwi, a ja wtedy zacznę się śmiać z moich wcześniejszych myśli.

Jednak tak się nie staje.

 Zamieram w miejscu nie mogą uwierzyć w to co widzę. Zza kanapy wyłaniają się kogoś nogi. Podchodzę bliżej i łapczywie łapie powietrze.

– Emily? – podchodzę bliżej i schylam się nad leżącym ciałem . Wyciągam do niej ręke i kłade na nadgarsku mając nadzieje że wyczuje puls, który niestety nie nastąpił. Szybko cofam rękę, i patrzę przez mgłę na prawdziwego denata. Wiem że uwielbiam kryminały, ale nie w realnym świecie. – No weś, proszę wstań! – Staram się przywołać ją do życia, gdybym jednak źle zbadała puls. – Błagam Cię! Obudź się, nie rób mi tego. Nie teraz. – moje nogi osuwają się i niezdarnym ruchem siadam na podłogę.

Ocieram łzy, i staram się uspokoić, niestety to nie działa. Dopiero teraz widzę parę ran na jej brzuchu klatce piersiowej.

– To nie może być prawda. – Wstaje na równe nogi i łapie się za włosy, trzymając he kurczowo, ze łzami w oczach. Muszę z stąd jak najszybciej uciekać. To nie była naturalne ani nic w tym rodzaju. Ktoś musiał być tu przedemną. Biegnę  pośpiesznym krokiem w stronę drzwi, a przynajmniej tak mi się wydaje bo przez mój płacz mam nie do końca wyraźny widok. Każdy krok wydaje się straszliwie wolny, a całe te parę sekund trwało kilka minut.

Nagle moja twarz zetknęłam się z jakimś materiałem, ciepłym, ale bardziej sztywnym niż elastyczny. Kieruje wzrok w górę i cofam się o krok do tyłu. Do piero teraz moj wzrok się poprawia i pojawiają się oni. Tylko jak to możliwe. A z resztą ważne że tu są, rzucam się znowu we raniona pierwszego z nich i wypłakuje się dalej póki ten mnie nie nie odsunie.

 

 

Następny rozdział

 

Nadal nie mogę się otrząsnąć, jak to możliwe? Komu zawiniła i kto tak bardzo chciał się jej pozbyć? Odkąd wtedy w drzwiach policjant odsunął mnie od siebie ztozumiałam to co się tam stało, to nie sen ani nic z czego mogłabym uciec. To rzeczywistość, okropna rzeczywistość. Gdybym tylko wiedziała… Och… Mogłam tu przyjechać od razu jak dostałam tego fałszywego esemesa, wiedziałam że jest z nim coś nie tak, ale nie zapomoiło mnie to wtedy na tyle by do niej przyjechać, a mogło.

Zaraz po oględzinach ciała policjanci bez słowa zakuli mnie w kajdany, jakbym to ja była winowajczynią, i to mnie należało zamknąć. Z jednej strony czułam się tego winna, ale nie w ten sposób. Te uczucie spowodowane było tym że zignorowałam ten telefon, a nie tym że kogoś zabiłam. No błagam! Nie byłabym do tego zdolna, wiem że jestem w tym ciele od niedawna ale moja sylwetka i to co dzieje się w mojej głowie nie świadczy o tym że w przeszłości byłam na bakier z prawem.

A jednak siedzę przy biurku na którym stoi pojedyncza czarna  lampa,  w jakimś małym szarym pomieszczeniu z dużym oknem i drzwiami o tej samej barwie obok. Oczywiście tym specjalnym oknem, przez które to oni przyglądają się na mnie, w drugą stronę niestety to nie działa. Byłoby to troche bezsensu, ale wiedziałabym chociaż z kim będe miała do czynienia.

Moje rozmyślenia nie trwały długo, do pomieszczenia weszło dwóch facetów starszy policjant, ten któremu wypłakałam się w mundur gdy wybiegałam z domu Emili i jakiś młodszy blondyn którego nie znałam.

– Dzień dobry

Starszy męźczyzna wita się jak gdybyśmy się widzieli pierwszy raz a następnie podchodzi do biurka i siada na przeciwko mnie, drugi policjant robi to samo ale omijając część powitalną.

– Mogę wiedzieć, dlaczego mnie tu przywieźliście? – pytam głosem bliskim do płaczu.

– To my tu jesteśmy od zadawania pytań – wtrący blondyn

– daj spokój Ben.

Mężczyźni wejrzeli na siebie pytająco aż w końcu starszy z nich wziął sprawy w swoje ręce, nie pozwalając się odezwać Ben’owi.

– dostaliśmy wezwanie – wyjaśnia nie śpiesząc się z odpowiedzią – przechodzień najprawdopodobniej kobieta, zauważyła że ktoś włamuje się do domu denatki.

– Ale ja się nie włamałam, drzwi były otwarte.

– Zatem kto mógł to zrobić skoro nie Pani?

Zawieszam wzrok na oczach starszego policjanta, czy oni próbują mi wmówić że włamałam się do domu Emily aby ją zabić? Szczerze nie mam pojęcia kto to mógł zrobić, ale odwdzieczyłabym się mu tym samym.

– Czy wy na prawdę uwarzacie że to mogłabym być ja? Że to ja ją zabiłam?

– Tak. Rozważamy każdą wersje.

– Ale… To nie ma najmniejszego sensu, to jest znaczy była…

– Tak wiemy, wspominała Pani o tym w drodze na komisariat.

Naprawdę? Przez to co się stało nie pamietam nic z tego co się działo podczas pobytu w radiowozie. Cały czas widziałam i widzę obraz Emily w kałuży krwi. Emily której już z nami nie ma.

– A zatem mogłaby Pani odpowiedzieć mi na poprzednie pytanie?

Patrzę na niego szlanymi od łez oczami, a zaraz potem odwracam wzrok na blondyna króry zapisywał coś w swoim notatniku.

– Pani Wilson.

– Tak?

– Czy wie Pani kto mógł zabić Pani przyjaciółkę?

– Nie , nie wiem. – odpowiadam cicho, starając się nie wypuścić żadnej dodatkowej łzy.

– Ale nad twierdzi Pani że tego nie zrobiła.

– Tak.

Policjanc znów wymienili się spojrzeniali, muszę przyznać że sytuacja nie wygladała zbytnio na moją korzyść, wręcz przeciwnie.

– A wie może Pani kim jest Ana Kess?

– Nie, a powinnam?

Spoglądam na Spoglądam na starszego méęźczyzne który ma już dość rozmowy, co daje znak każdym swoim ciężkim wzdychnięciem gdy tylko okaże się że trafia w ślepy zaułek.

– Nie widziała Pani czerwonego napisu na ścianie? Zaraz nad denatką?

– Nie, zaraz po tym jak zauważyłam że Emilly nie… – te zdanie nie chce przejść mi prze gardło. Jest za wcześnie abym mogła się przyzwyczaić do tej myśli. –  leży tam za kanapą, – przełykam gulę w gardle –  wybiegłam i trafiłam na Pana, reszte Pan zna.

– Tak znam. Ale trudno było to przeoczyć …

– Ale zaraz… – wtrącam – czemu napis był czrwony a przedewszystkim na ścianie.

– Pani przyjaciółka zapewne chciała pani coś przekazać

– Czyli to była…

– Tak. – ucina – krew, wygląda na pare dniową, jest prawie wyschnięta

Czuje jagby gula którą dawno przełknęłam powróciła z podwojoną siłą. Kim była Ana Kass? Co to miało znaczyć. Emily miała przyjechać bo dowiedziała się czegoś o wypadku z kościoła, czy ta Ana Kass mogła mieć z tym wspólnego, no chyba że to ona ma mi do przekazania to czego nie zdążyła Emily przed… Och, na razie muszę omijać to sformułowanie, przez garłi nid chce mi to przejść.

Chciaż chwila…

– A to nie wyklucza mnie z kręgu podejrzanych?

Skoro ta krew była nie dzisiejsza to nic nie mogło wskazywać na mnie, zatem czemu mnie tu przywieźli?

– To znaczy? – odparł Ben, patrząc na mnie z nijakim spojrzeniem.

– No ten napis, jest wyschnięty…

– prawie – ucina starszy policjant jagby to było teraz naistotniejszą rzeczą.

– Czyli nie mogło stać się to dzisiaj, prawda?

– No nie.

– Jestem nie winna.

– Nikt Panią o to nie posądzał. Ale mogla Pani zrobić to wcześniej a dziś tylko się upewnić że..

– TPo co miałabym to zrobić?

– Nir wiem. To chyba Pani powinna wiedzić.

– To nie byłam ja. – upieram się.

– Dobrze.  – zgadzają się ze mną już bez żadnego sprzeciwu.

Opadam na krzesło, ich taktyka jaką przybrali na początku wskazywała na to że próbują zrobić ze mnie morderczynie. Co jest z nimi nie tak?

– Zatem mogę już iść? – pytam wskazując wzrokiem drzwi. Nie mam zamiaru siedzieć ty ani minuty dłużej. Czuję się okropnie z tym co się stało, a te pomieszczenie zdaje się przytwarzać mi klauskrofobie.

-Jeszcze chwila, spiszemy do końca Pani zeznania, i jest Pani na razie wolna.

– Na razie?

– Tak, musimy zakładać różne scenariusze, a jako ze utrzymywaliście bliskie kontakty może Pani wiedzieć coś więcej w tej sprawie.

– Dobrze.

Zgadzam się równie nie chętnie, jak oni przed chwilą z moją wersją wydarzeń, lecz na pewno jest to lepsze niż spędzenie nocy w areszcie.

Mężczyźni spisują coś z notesu na kartkę A4 z jakimś wydrukiem, a zaraz potem odwracają ją w moją stronę wraz z długopisem.

– Proszę tu podpisać.

Bezzłocznie zabieram długopis i penetruje kartkę tylko zwrokiem aby mieć oewność że nie podsuneli mi do podpisania jakiejś jartki z orzyznaniem się do winy, byłoby to znacznym przegięciem a ja nie miałabym nawet jak siś bronić wszystko by było czarno na białym, zwłaszcza że charakter pisma by się zgadzał a nikt nie nagrywa rozmów z tego pokoju a przynajmniej tak mi się wydaje bo nie widzę tu żadnej kamery.

Po podpisaniu się policjanci wzieli kartkę a potem podeszli do mnie i wskazując wyjście zaprowadzili na zewnątrz pokoju.

Wychodząc z małego pomieszczenia zauważyłam jak ktoś podobny do naszego sąsiada pana Clark’a  właśnie pośpiesznie wychodził. Może to po prostu zbieg okoliczmości i był to ktoś podobny, zresztą po co miałby się tu zjawiać? Z tego co mi wiadomo nie był policjantem, a nawet jeśli to zapewnie emerytowanym spokojnie parę lat temu. Nie byłob więc w tym żadnego sensu. Moje ocjzy są nadal pod wpływem łez przez co nie widze w stu procentach wyraźnie, mogłam się najzwyczajniej w świecie pomylić.

Staliśmy teraz w prostokątnym pokoju z oknem przez które z tej strony wszystko było widoczne. Pewnie obserwowali mnie tu przez jakiś czas zanim zdecydowali się wejśc do środka i mnie przesłuchać.

– A mogłabym wiedzieć co było powodem jej… – rzuciłam ale nie mogłam dokońcayc tego zdania, i nirwiem czuy wokule wiedykolwiek będe w stanie to zrobić. To okropne była w moim wieku, równie dobrze moglam to być ja.

Naszczeście policjanci nie czekali na dokończenie pytania, dami dobrze wiedzieli o co mi chodziło, zresztą trudno było by się tego nie domyślić.

– Jak na razie wiemy tylko że dostała parę ciosów ciętych.

– Tyle to sama widziałam. – przyznaje z zawiedzeniem.

– Po sekcji będziemy wiedzieć więcej.

Obracam się raptownie w ich stronę, a łzy znowu nie dają za wygrane.

– Czyli wy ją będziecie…  – przełykam śline na samą myśl że będzie leżała na metalowym stole w prosekturium, a zwlaszcza z tym że będą ją rozcinać i tak dalej – Czy to konieczne? – ciągne.

– Niestety, to rutynowe przy takich sprawach.

Odpowiada starszy męźczyzna i zaraz potem wskazuje mi drzwi, to chyba ostatnie pytanie na które chciał udzielić mi odpowiedzi.

Bez pośpiechu podchodzę do drzwi i chwytam za ich metalową klamkę. Zza drzwiami panuje chłodniejsze powietrze niż te w małym pokoju przesłuchań, co ochładza mnie całą. Przez ten stres nawet niezauważyłam kiedy gorąco zawładneło moim ciałem a zwłaszcza okolicce brzucha i klatki piersiowej.

Po chwili zauważam kogoś siedzacego po lewej stronie drzwi, to Jack jego pochylona postawa i drgająca rytmicznie noga świadcza o tym że musiał dowiedziec się co się stało.

– Jack? – mówie zapłakanym głosem, podchodząc do niego.

Ten z zawachaniem spojrzał się w moją strone podniósł się i patrzył na mnir lekko czerwonymi oczami. Na szczęście nie jesteśmy w tym sami, mamy siebie. Może nie takich jak dawniej ale zawsze razem raźniej.

Patrzymy na siebie jeszcze przez moment, aż w końcu nie wytrzymuje i rzucam mu się w ramiona. Teraz płaczemy oboje, choć Jack nie chciał dać tego po sobie poznac, blokował łzy jak tylko mógł, co chwile tylko pociągając nosem.