Wielkość tekstu:

W pobliżu wioski Silheim

01.09.1406 r.n.ś.

 

Theran nie miała czasu na odpoczynek. Musiała jak najszybciej dostać się do wioski szalonej dziewczyny. Jeszcze w stolicy, w porozumieniu z Leustielem, wysłała mały oddział do rozprawienia się z heretykami. Musiała zdążyć przed nim, inaczej dowiedzą się o braku Glorianny. Nie mogła sobie na to pozwolić. Śmierć królewny nie mogła pójść na marne.

Nie pamiętała kiedy ostatnio spała, albo nawet odpoczywała. Enbarr się nie męczył, ale ona już tak. Nie miała apetytu, ledwo była w stanie wypić mocno rozcieńczone wino. Do tego czuła ciągły ból przez poważnie obtarte od jazdy uda i pachwiny. Słońce pogarszało sprawę, ponieważ paliło tak mocno, że nie zdziwiłaby się, gdyby rany zaczęły gnić.

W końcu nie była już w stanie siedzieć prosto w siodle. Musiała mocno przywiązać się do Enbarra, żeby nie spaść. Z każdą godziną coraz bardziej kręciło jej się w głowie z wyczerpania. Nie mogła jednak pozwolić sobie na przerwę. Liczyła się każda sekunda, a ona miała sporą przewagę dzięki koniowi. Glorianna zginęła, więc Theran musiała mądrze to wykorzystać. Nie popełni drugi raz tego samego błędu.

Ostatecznie nie wytrzymała i straciła przytomność.

 

Theran obudziła się i od razu wiedziała, że coś jest nie tak.

Leżała na plecach, nie czuła na sobie ciężaru zbroi i co najważniejsze — jej ręce i nogi były do czegoś przywiązane. Otaczający ją zapach również był dziwny, nigdy wcześniej nie czuła czegoś podobnego.

Szarpnęła jedną z dłoni, żeby sprawdzić więzy. Były mocne, albo to ona była słaba. Obie opcje pasowały.

Nie zdołała na razie otworzyć oczu.

Zanim się zorientowała w sytuacji, znów straciła przytomność.

 

Obudził ją chłód na czole. Szarpnęła się gwałtownie, a słysząc cienki pisk przerażenia, z wielkim trudem zmusiła się do otwarcia oczu.

Mała dziewczynka, na oko siedmioletnia, wpatrywała się w Theran ze strachem. W dłoniach ściskała szmatę, z której kapało na podłogę.

Rycerka rozejrzała się wokół. Znajdowała się w jakiejś chacie. Wszędzie pełno było suszonych ziół, to zapewne ich zapach wcześniej drażnił jej nos. W kącie pokoju dostrzegła nawet swoją zbroję.

Nigdzie nie zauważyła drugiego łóżka. Trafiła w niewolę? W końcu ją związano, ale dlaczego w takim razie położono ją na łóżku?

Zaczęło jej się kręcić w głowie. Tuż przed omdleniem zobaczyła jak dziewczynka wybiega na zewnątrz, krzycząc coś.

 

Tym razem Theran obudziła się sama w pokoju. Znów szarpnęła za sznury i doszła do wniosku, że przy wcześniejszej próbie, to ona była słaba. Węzły wokół jej nadgarstków były luźno zawiązane. Czy ta dziewczynka mieszkała tu sama? Tylko dlaczego ją tu związała? I jak ją tu przyniosła?

Odpowiedzi na część pytań przyniosło wejście do chaty kobiety. Tym co przyniosło Theran jeszcze więcej pytań, był fakt, że kobieta nie miała dłoni. Jej nadgarstki kończyły się kikutami.

— Nie szarp się — odezwała się kobieta, odwracając jej uwagę od swoich rąk. — Wyglądasz już dużo lepiej, a przynajmniej nie umierasz.

— Kim… ty…? — wychrypiała Theran szorstkim głosem i rozkaszlała się.

— Nic nie mów — upomniała ją.

Rycerka posłuchała rady. Wolała nie ryzykować, że wypluje płuca. Nie spuszczała jednak wzroku z tajemniczej kobiety.

— Jestem zielarką — wyjaśniła, wyciągając kilka butelek, otwierając je zębami i mieszając ich zawartość przedramionami. Każdy jej ruch był precyzyjny, mimo kalectwa. — Możesz nazywać mnie Nadyą.

Kobieta podeszła do łóżka, gdzie leżała Theran i przystawiła jej do ust miseczkę ze zrobionym przed chwilą specyfikiem.

— Wypij, pomoże na gorączkę — poleciła.

Theran spojrzała na nią nieufnie.

— Opatrzyłam twoje rany od zbroi, ale i tak wdała się zła krew. Musisz to wypić, żeby nie umrzeć.

Generałła uniosła się nieco na posłaniu, z oczywistych powodów Nadya nie mogła unieść jej głowy, jednocześnie trzymając naczynie z lekarstwem. Dopiero po zanurzeniu warg w płynie, zrozumiała jak bardzo była spragniona. Wypiła wszystko na jednym wdechu. Nie przeszkadzał jej nawet smak starej trawy.

— W porządku, teraz odpocznij. Kiedy przyjdzie Rotka, zmienię ci bandaże — powiedziała, zaczynając już przygotowywać coś innego.

— Jesteś… czarownicą…? — Po wypiciu napoju gardło Theran przestało być tak suche.

— Gdybym była, wyleczyłabym cię w jeden dzień. Jestem zielarką. — W głosie Nadyi dało się wyczuć nutę żalu. — Śpij, musisz odpocząć. Na wszystko odpowiem jak się obudzisz — dodała, widząc wyraz twarzy rycerki, jasno mówiący, że chce zadać jeszcze wiele pytań.

Theran chciała protestować, musiała się dowiedzieć więcej, uciec stąd, ruszać dalej… Nie miała jednak dość sił, żeby nawet wyrwać się z luźnych więzów. Czuła się zmęczona, jakby nie spała od bardzo dawna. Tak też było. Czuła jak po jej wnętrzu rozlewa się nowy rodzaj ciepła. Nie palące i gwałtowne jak pożar, ale bardziej przypominające ciepło ognia w zimową noc. W końcu mogła zapaść w sen, zamiast tracić przytomność.

 

Stała w lesie. Przed Glorianną. Jej miecz znów przeszywał pierś przyjaciółki. Nie. Ericha. To był Erich. Jak w dniu, gdy go straciła.

— To twoja wina. Dałaś mi zginąć. Okrucieństwo masz we krwi… — wychrypiał, wyciągając rękę w jej stronę.

Cofnęła się. Chciała wyrwać miecz, ale nie była w stanie. Zaczęła biec. Uciekać. Jak najdalej. Jak najszybciej. Błądziła. Zgubiła się w lesie. Znów. Tak samo jak wtedy. Rozejrzała się. Nie widziała nic. Dwór d’Arquen. Nie szanują jej. Chcą się jej pozbyć. Znów Erich. Tym razem wyciąga do niej rękę. Podbiega do niego. Glorianna obejmuje ją. Bawią się razem. Ma sześć lat. Wybrała swoją ścieżkę. Baldavier płacze. Ma cztery lata. Chce się z nią bawić. Ona nie chce. Zostawia go. Baldavier zawiera pakt. Nadpisuje. Skazuje się. Druga połowa paktu. Las… Maredi… Mazmat… To…

 

Obudziła się gwałtownie łapiąc powietrze. Czuła, że cała lepi się od potu, a serce bije zbyt szybko.

— Już w porządku, nic ci nie jest, to tylko koszmar wywołany gorączką — uspokajał ją kobiecy głos.

Theran otarła ramieniem pot z czoła, powoli uspokajając oddech. Wciąż była związana, ale węzły wydawały się luźniejsze niż gdy zasypiała.

— Rotka, daj jej piwa — poleciła zielarka.

Dziewczynka, która wcześniej mignęła Theran, pomiędzy omdleniami, podeszła do niej z kuflem piwa i przyłożyła go do jej warg. Rycerka nieufnie wzięła mały łyk, na wypadek gdyby chciały ją otruć. Po upewnieniu się, że nie czuje żadnego podejrzanego posmaku, wypiła wszystko duszkiem.

— Jak mam się do ciebie zwracać? — spytała Nadya, gdy Theran skończyła pić.

— Nie widzę powodu, żeby zdradzać ci moje imię — odburknęła.

— Mam rozumieć, że chcesz, żebym udzielała odpowiedzi na twoje pytania, jednocześnie nie mając zamiaru odpowiadać na moje? — Kobieta uniosła brew.

— Nie mam obowiązku odpowiadać na pytania każdego, kto je zada.

— Gdyby nie zdradziła cię zbroja, zrobiłby to twój styl wypowiedzi. Od razu widać z kim ma się do czynienia — stwierdziła z dezaprobatą. — Przyniesiesz wody ze studni, kochanie? — dodała zwracając się do dziewczynki.

— Dobrze, ciociu. — Dziewczynka nałożyła czerwoną pelerynę i wyszła z chaty.

Theran poczuła jak serce staje jej na ułamek sekundy, a po plecach spływa zimny dreszcz. Kobieta wiedziała kim jest? Skąd?

— Gdybyś wiedziała kim jestem, nie spytałabyś mnie o imię — stwierdziła, mrużąc oczy i ściągając brwi.

— Mam się do ciebie zwracać “Arystokratka”? — zaśmiała się zielarka.

Theran dyskretnie odetchnęła z ulgą. Nadya nie miała pojęcia z kim ma do czynienia.

— Może być, i tak mam zamiar jak najszybciej wrócić na szlak — prychnęła.

— Wybacz, ale nie mogę ci na to pozwolić. Twoje rany wciąż są w złym stanie, a gorączka gotuje ci umysł.

Theran zacisnęła zęby i pociągnęła za liny pętające jej nadgarstki.

— W takim razie dlaczego wciąż jestem przywiązana?

— Jesteś rycerką z czarną zbroją, nawet ledwo żywa jesteś w stanie bez problemu mnie zabić.

— Więc jaki masz w tym wszystkim interes? — spytała, mrużąc oczy.

— Jako rycerka pewnie tego nie pojmiesz, ale nie mogłam cię zostawić na śmierć. Każde ludzkie życie jest równie ważne. Nawet wasze — odpowiedziała zielarka z westchnieniem.

Theran prychnęła pod nosem na te słowa, ale odwróciła wzrok.

— Mówiąc o nas, masz na myśli rycerzy Bolyernu? Zgadza się?

— Tak, dokładnie. — Nadya również straciła chęć walki.

Przez chwilę obie milczały.

— Jak mnie znalazłaś? I jak, na Leistunga, wylądowałam w tym łóżku bez zbroi? — Theran odezwała się jako pierwsza.

— To nie ja cię znalazłam, twój koń sam przyszedł do mojej chaty. Wyglądał, jakby wiedział co robi. Naprawdę mądre zwierzę. — Na twarzy Nadyi pojawił się uśmiech. — Co do drugiego pytania, chyba nie myślisz, że poradziłam sobie sama? — zakpiła. — Rotka posłała po swojego ojca, a on wziął jeszcze dwóch mężczyzn. Robili, co mogli, żeby nie uszkodzić rzemieni, ale nie było to łatwe.

— A jak długo tu leżę? Miesiąc? Dwa? — Theran nie mogła powstrzymać histerycznego śmiechu, który wyrwał się z jej gardła. Zmarnowała zbyt wiele czasu.

— Nie mam pojęcia jak długo zwisałaś z konia, ale zajmuję się tobą dopiero trzeci dzień — uspokoiła ją zielarka.

Na zewnątrz dało się słyszeć głośne rżenie.

— Niecały dzień — szepnęła do siebie rycerka.

— Możesz powtórzyć? 

— Zwykle, gdy pytam go o czas rży, a później kopie tyle razy, ile było zachodów słońca. Nie kopnął ani razu, czyli jechałam omdlała niecały dzień — wyjaśniła.

Nadya zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała.

 

Theran trenowała walkę razem z ośmioletnią Glorianną. Okładały się nawzajem drewnianymi mieczami, udając walkę pod okiem Wielkiego Generała. Theran śmiała się, gdy wyciągnęła rękę do przyjaciółki, by pomóc jej wstać.

Theran śmiała się gdy Erich wyciągnął do niej rękę by pomóc jej wstać. Znów powalił ją na ziemię podczas treningu.

— To niesprawiedliwe, że jesteś silniejszy. Ćwiczę dłużej od ciebie — stwierdziła, stojąc już na nogach.

— Mogłaś się urodzić mężczyzną — zażartował Erich, zakładając jej dłuższy kosmyk włosów za ucho.

— Mogłam — przyznała kiwając głową. — Tylko wtedy moją jedyną przewagą byłaby siła. Teraz mogę wykorzystać szybkość i zręczność. — W momencie gdy tylko skończyła wypowiadać ostatnie słowo, Erich już leżał na ziemi, po tym jak podcięła mu nogi.

Erich leżał na ziemi, po tym jak przyjął na siebie strzałę jednego z d’arqueńskich łuczników. Theran chciała mu pomóc. Wierzyła, że może jeszcze żyć. Wiedziała jednak, że sama musi się gdzieś schronić, zanim sama zginie. Erich ją uratował, a ona nie może zmarnować jego ofiary. Musiała uciekać do lasu. Las…

 

Theran otworzyła oczy, znów zlana zimnym potem. Tym razem uspokojenie oddechu zajęło jej znacznie mniej czasu. Nie była za to w stanie pozbyć się uczucia sztywności.

Rozejrzała się po chacie i doszła do wniosku, że jest sama.

— Nadya? — spytała w przestrzeń, zachrypniętym głosem.

Odpowiedziała jej cisza.

Theran zaczęła szarpać za liny, krępujące jej nadgarstki. Już po chwili była wolna.

Nie nacieszyła się tym jednak zbyt długo, ponieważ gdy tylko spróbowała zejść z łóżka zakręciło jej się w głowie. Musiała się przytrzymać łóżka, żeby nie upaść. Powoli zaczęła iść w stronę wyjścia z chaty, podpierając się o ścianę.

Zmrużyła oczy, wychodząc na ostry blask słońca. W chacie było ciemniej, niż się jej wcześniej wydawało.

Jedną ręką osłaniając oczy, a drugą wciąż się opierając, zagwizdała na Enbarra.

Wierzchowiec podszedł do niej i trącił chrapami głowę rycerki.

— Musimy jak najszybciej ruszyć w drogę do tej wioski. Wezmę tylko zbroję i miecz i jedziemy — powiedziała do konia.

— Dokąd?

Rozległ się za nią cichy głos Rotki.

— Mam zadanie do wykonania, nie mogę marnować więcej czasu — odparła, nawet się nie odwracając.

— Ciocia mówiła, że nie możesz wychodzić jeszcze z łóżka, bo jesteś chora.

— Ciocia? — Theran w końcu spojrzała na dziewczynkę spod dłoni.

Jak zawsze, siedmiolatka miała swój czerwony płaszczyk z kapturem.

— Ciocia Nadya. — Rotka spojrzała na nią, jakby usłyszała bardzo głupie pytanie. — Ja jestem Rotka.

— Wiem jak macie na imię — prychnęła mimowolnie. — Pytałam dlaczego nazywasz ją ciocią. Naprawdę jest siostrą twojej matki?

— Nie, moja mama ma samych braci! Ciocia to ciocia. Uczy mnie jak leczyć ludzi ziołami! — wyjaśniła dziewczynka, jakby to było oczywiste. — Ale teraz ty powinnaś powiedzieć swoje imię. Mama mówi, że to niegrzeczne nie mówić swojego imienia, gdy ktoś inny powie ci swoje!

— Twoja mama ma rację. To niekulturalne — przyznała, nie chciała dać się wciągnąć w dyskusję z dzieckiem, ale nie miała też serca jej przerywać.

— Wiem!

— A wiesz gdzie jest ciocia?

— W wiosce. Poszła wyleczyć takiego starszego pana, który zawsze siedzi przed swoją chatą i narzeka, że teraz nikt nie pracuje tak ciężko jak on kiedyś.

Theran westchnęła, jej wzrok przyzwyczaił się już na tyle do słońca, że mogła w końcu odsłonić całkiem oczy.

— Jesteś naprawdę śliczna, nigdy nie widziałam kogoś tak ładnego. Jesteś ładniejsza nawet od cioci! — zachwyciła się Rotka, patrząc na nią dużymi, błyszczącymi oczami.

— Moja matka była kiedyś najpiękniejszą kobietą na kontynencie, ja wyglądam jak przeciętna szlachcianka — mruknęła. Znów zaczynało się jej kręcić w głowie.

— Wszystko dobrze? Jesteś jeszcze bardziej bledsza niż zwykle — zaniepokoiła się Rotka i podeszła do niej.

— Nie mówi się tak… Jest albo bledsza, albo bardziej blada — wymamrotała Theran, powoli osuwając się pod ścianie, żeby nie upaść.

— Co…?

— Źle powiedziałaś — mruknęła, już z zamkniętymi oczami, Theran.

 

Theran je podwieczorek z Glorianną. Śmieją się, popijając herbatkę.

Przychodzi Baldavier, niszcząc im atmosferę.

— Theran? Poczytasz mi? — pyta, pokazując jej książkę, którą przyniósł.

— Masz już cztery lata, sam sobie przeczytaj — prychnęła.

— Mama mówi, że nie ma sensu mnie uczyć, bo i tak nic nie będę widział… — Chłopiec wyraźnie się skulił, ale nie stracił nadziei.

— Może ja mu poczytam…? — zaproponowała Glorianna.

— Dlaczego się nim przejmujesz? Psuje nam tylko podwieczorek. Jest za mały i za głupi, skoro nie potrafi czytać, żeby tu z nami siedzieć.

— Tak… chyba masz rację… — przyznała królewna.

— Nie — odparł z kpiną Leustiel.

— Co masz na myśli mówiąc “nie”? — spytała Theran, mocniej ściskając dłoń Ericha.

— Mam na myśli to, że nie udzielę wam ślubu.

Theran nie widziała jego twarzy, ale miała pewność, że rozciąga się na niej złośliwy uśmiech.

— Nie możesz tego mówić na poważnie. Jesteś Wielkim Kapłanem, czy naprawdę, mając tak odpowiedzialną funkcję, dajesz się ponosić jakimś nastoletnim humorom!? — Zmarszczyła brwi i przymrużyła oczy.

— Theran… — próbował uspokoić ją Erich.

— Jako Kapłan, mam prawo odmówić komu chcę. Mam nawet prawo zabronić wszystkim kapłanom w kraju udzielenia ci ślubu — Leustiel skrzyżował ramiona na piersi.

— Chodź Erich, nie można na nim polegać. — Pociągnęła narzeczonego do wyjścia.

— Leustiel zgodził się na moją propozycję, Generałło — oznajmiła z uśmiechem Mazmirethiel. — Ten chłopiec naprawdę cię kocha.

Theran wpatrywała się pusto w swoje dłonie.

 

— Koszmar?

Theran usłyszała nad sobą głos Nadyi. Otwierając oczy zorientowała się jak bardzo są mokre. Oraz, że jej dłonie znów są przywiązanie do łóżka. Tym razem porządnie.

— Nie musisz mi opowiadać, jeśli nie chcesz. Pamiętaj, że to tylko zły sen. — Zielarka poprawiła jej kikutem chłodny materiał na czole. — Wystraszyłaś Rotkę. Przybiegła do mnie z płaczem, że coś złego ci się stało, Arystokratko.

Theran milczała. Jedynie wpatrywała się w kikuty kobiety.

— Jeśli chcesz to spytaj, chociaż przyznam, że spodziewałam się większej subtelności po kimś jak ty — zaśmiała się Nadya.

Theran puściła jej uwagę mimo uszu i spytała:

— Straciłaś dłonie za bycie czarownicą? 

— Odpowiem, jeśli sama najpierw odpowiesz na moje pytanie.

Theran zacisnęła zęby.

— Słowo, że nie zapytam o nic z twojej przeszłości — obiecała zielarka, widząc jej reakcję.

— W porządku, pytaj — mruknęła odwracając głowę.

— Dlaczego tak się spieszysz?

To pytanie zupełnie zbiło rycerkę z tropu.

— Słucham?

— Narażasz się, żeby gdzieś jechać, jakby od tego zależało twoje życie. Co jest aż tak ważne, żeby narażać się na gangrenę i amputację nóg? Chociaż w twoim przypadku wróżyłabym od razu śmierć. — Nadya wpatrywała się w nią intensywnie, jakby chciała wyczytać odpowiedź z jej twarzy.

— Moja przyjaciółka… — Theran przerwała, zwilżając wargi językiem. — Zginie na marne, jeśli jej nie pomogę.

Z ust zielarki wyrwało się ciche westchnienie.

— Rozumiem, obiecuję, że zrobię co w mojej mocy, żebyś była w stanie jak najszybciej wyruszyć. Musisz tylko przestać walczyć z moją pomocą i współpracować.

Theran jedynie cicho prychnęła we własne ramię.

— A odpowiadając na twoje pytanie, to nie. Odeszłam od Pani Liefde kilka lat wcześniej. Bycie czarownicą mnie przerosło. Zaczęłam się uczyć o ziołach i innych roślinach, żeby wciąż móc leczyć ludzi. Głównie dlatego odeszłam od czarownic tak późno. Zamieszkałam w tej chatce i pokazałam ludziom z pobliskiej wsi co potrafię zdziałać bez magii. Na początku było dobrze. Do czasu, aż nie zaginęła młoda kobieta. Oskarżenia od razu padły na mnie, że jako czarownica coś jej zrobiłam. Tłum wpadł w szał, dopadł mnie i obciął mi dłonie. Mówili wtedy, że to na wypadek, gdybym chciała skrzywdzić kolejną osobę.

— Nie musiałaś mi opowiadać całej historii swojego życia — mruknęła Theran, przygryzając policzek od środka.

— Wiem. Później wioska zrozumiała swój błąd. Dziewczynę znaleziono zagubioną w lesie, a ja mimo wszystko dalej ich leczyłam. Przysyłają nawet Rotkę, żebym ją czegoś nauczyła.

— Dalej ich leczysz po tym wszystkim? — Głos Theran ociekał niedowierzaniem.

— W końcu zawsze chciałam tylko leczyć ludzi. Nie powiem, że mi było łatwo nauczyć się żyć bez dłoni, ale nie chcę, żeby nienawiść odebrała mi radość z tego co robię.

Theran wybuchnęła śmiechem.

 

Dopiero tydzień później Theran była w wystarczająco dobrym stanie, żeby Nadya pozwoliła jej wyruszyć.

— Pamiętaj, że następna rycerka nie musi zostawić cię żywej, nawet jeśli jej pomożesz — ostrzegła zielarkę Theran, zapinając pasy zbroi.

— Wierzę, że dobro wraca — odparła Nadya, kończąc przygotowywać dla niej zioła i maści na drogę.

— Tata kazał pani przekazać trochę jedzenia na podróż — zawołała Rotka, podając koszyk.

— Przekaż swojemu tacie, że jestem wam naprawdę wdzięczna. — Theran nie była w stanie powstrzymać uśmiechu.

Wiedziała, że gdy znajdzie się w d’Arquen, będzie musiała poprosić Baldaviera, żeby na jakiś czas zniósł podatki z tej wioski.

— Pamiętaj, żeby dbać o swoje rany. Wciąż jest szansa, że przy zaniedbaniu, twój stan może się pogorszyć. Nie możesz jechać konno dłużej niż kilka godzin, twój pewnie i tak by tego nie wytrzymał. Nie ma potrzeby go ujeżdżać, skoro widać, że macie więź.

Theran tylko skinęła głową na to pouczenie.

— Zapamiętam — obiecała niezbyt przekonującym tonem i wsiadła na Enbarra. — Dziękuję za opiekę. Oby Leistung wam błogosławił.

 

Chodziła po spalonej do ziemi wiosce. Wokół widziała ciała wielu Gloriann i Erichów. Nie mogła na to patrzeć. Zaczęła biec. Po drodze widziała twarze swoich rycerzy. Biegła, aż potknęła się o korzeń. Była w lesie.

— Nie mogę pozwolić ci tak po prostu odejść — uśmiechnęła się stojąca nad nią Maredi.

Erich puścił dłoń Theran i uklęknął przed nią.

— Czy jako Wielka Generałła, Theran Brutharn, zechcesz zostać w przyszłości moją żoną?

 

Theran tym razem obudziła się na ziemi, wtulona w koński bok.

— Czy te koszmary mogą się w końcu skończyć? — westchnęła głośno, zasłaniając oczy ramieniem. — Jak długo jeszcze będą mnie męczyć? Od kiedy zdradziłam Glorię jest coraz gorzej…

Enbarr tylko zarżał, odwracając łeb w jej stronę. Kobieta pogłaskała go po chrapach.

— Jeszcze trochę. Wymyślę coś, jeśli plan z tą wariatką się nie powiedzie. Mało jest w kraju kobiet, które oddałyby duszę, żeby zostać królewną? — stwierdziła, mówiąc bardziej do siebie niż do konia. — Zostało nam już niewiele drogi. Zaraz powinniśmy dotrzeć do wioski.

Rozgrzebała patykiem wciąż żarzący się popiół po ognisku, włożyła w niego ziemniaki, które dostała od Rotki i zasypała je nim.

— Zjem i ruszamy dalej. Cieszysz się, że wracamy później do twojego domu?

Enbarr głośno wypuścił powietrze z nozdrzy i zarżał, zarzucając łbem.