Wielkość tekstu:

Rozdział 3

Jeszcze tego samego dnia podjechaliśmy do granic pobliskiego miasta. Zatrzymali  się na przedmieściach, machając mi na pożegnanie. Bez zbędnej zwłoki ruszyłam przed siebie, wzbudzając przy tym spore zainteresowanie mijanych gapiów. 

Będąc już w mieście, po drodze trafiłem na chorągiew klanu Kazuma, która powiewała leniwie na wietrze. Niebiesko białe barwy wręcz krzyczały dom. Rozejrzałem się po okolicy, próbując zorientować się gdzie dokładnie jestem. Przede mną rozciągały się palmy, zasadzone w równym rzędzie, tworzące korytarz wiodący do wielkiej budowli ze złotą kopułą robiącą dach. 

Obraz przypominał ten z moich rodzinnych stron, gdzie podobna droga wiodła do pałacu cesarzowej. Logika podpowiadała, że w tym budynku zasiada zarządza miastem. Tam też powinienem odnaleźć lordów z klanu Kazuma. Zdam raport i dowiem się, co dalej. Pewnym krokiem ruszyłem na przód. 

Na końcu tej drogi powitał mnie widok szerokiego placu, z ogrodami i fontannami po obydwu bokach, w idealnej symetrii. Budynek przede mną dominował wszystkie inne jakie widziałem do tej pory w mieście. Flaga z herbem klanu Kazuma dumnie powiewała na jednym z balkonów budowli. 

Wziąłem głęboki oddech i zamknąłem na chwile oczy by opanować emocje. Miałem iść na spotkanie z arystokracją z moich stron. Wiedziałem, że moje ubrania pozostawiają wiele do życzenia, ale liczyłem, że nadrobię to manierami. 

Gdy opanowałem emocje, ruszyłem w stronę podwójnych drzwi pałacu, przy których wartę mieli tutejsi żołnierze. Spojrzeli na mnie i natychmiast wyprostowali się. Licząc, że nazwisko klanu wystarczy, podszedłem do jednego z nich i powiedziałem.

– Kazuma – Wskazując na siebie. Wartownik tylko kiwnął głową i szybko wszedł do środka, gestem ręki przywołując mnie do siebie. Chwilę błąkaliśmy się po korytarzach, gdzie prowadzący mnie żołnierz zagadywał do napotkanych osoby ściszonym głosem. 

W końcu ktoś poprowadził nas do odpowiedniego miejsca. Drzwi otworzył mój rodak. Obydwoje spojrzeliśmy na siebie. Ja z nadzieją, on z zaskoczeniem. 

Nim mój przewodnik zdążył skończyć zdanie, został odprawiony go gestem ręki. Lord wyszedł mi naprzeciw, zamykając drzwi za sobą. Miał na sobie kimono w niebiesko białych barwach klanu, oraz fryzurę zarezerwowaną dla szlachciców.

– Obywatel cesarstwa, tutaj? 

Jego ton był oceniający. Po zlustrowaniu mnie od stóp do głów, dokończył. 

– Wyglądacie jakbyście przeszli przez piekło, obywatelu.

Słysząc swoją ojczystą mowę wypowiadaną z ust rodaka, mimowolnie uśmiechnąłem się.

– Mój Panie! 

Pokłoniłem się do połowy pasa, czekając na zgodę by kontynuować.

– Mów – odparł obojętnym tonem.

– Jestem najętym żołnierzem, zwerbowanym do szeregów armii cesarstwa Kitsune. Uczeń szkoły mistrza Kazuro.

– Zwolnij, wojowniku. – Odparł, teraz z odrobiną irytacji w głosie. – Wpierw zacznijmy od imienia. Twojego.

– Makoto, Panie. Makoto Sasaki.

– Dobrze, młody Sasaki. Najemny żołnierz, mówisz?

Potwierdziłem skinieniem głowy. Ten kontynuował, zdecydowanie rozdrażniony moim zachowaniem.

– I jak to się stało, że jesteś tu, a nie z armią?

Zawahałem się. Przełknąłem ślinę i z pokorą w głosie odpowiedziałem.

– No właśnie, rzecz w tym, że ja byłem w armii, Panie. Prawie rok.

Lord, wręcz teatralnie, uniósł brew. Przyjrzał mi się dokładniej. Zatrzymał wzrok na moim mieczu. Nie spuszczając go z oka, zapytał.

– Z której armii, dokładnie, Sasaki? 

– Dwudziesty trzeci regiment, Panie. Pod dowodzeniem klanu Oda, Minato i waszego, czcigodny panie.

– Dwudziesty trzeci. – Powtórzył, jakby nie był pewny, czy dobrze usłyszał. Chrząknął i skierował wzrok na mnie. – Zaczekaj tu, zaraz zobaczymy, co dalej z tobą.

Po tych słowach wrócił do pokoju, zostawiając mnie na korytarzu. Korzystając z okazji, wziąłem kilka głębokich oddechów, aby uspokoić nerwy. Zaraz będę przepytywany z ostatnich wydarzeń, Muszę się skupić. Po krótkiej chwili drzwi do sali otworzył ten sam lord co wcześniej.

– Wejdź. Inni chcą poznać szczegóły.

– Oczywiście!

W środku sali siedzieli na kolorowych dywanach lordowie w kimonach z herbami swego klanu. Łącznie trzech, w podeszłym wieku. Każdy obserwował mnie badawczo a ich twarze nie wyrażały żadnych emocji.

Mężczyzna, który mnie tu sprowadził pokłonił się w kierunku siedzących ludzi, co przypomniało mi, że nie oddałem jeszcze należytego szacunku zebranym. Szybko pokłoniłem się, czekając na dalsze instrukcje.

– To jest właśnie on, szanowni lordowie. – zaczął młodszy mężczyzna. Jego ton był zupełnie inny niż do mnie. Pełen szacunku i zaangażowania. 

– Makoto, tak? 

Usłyszałem starszy głos. Nie byłem pewny, czy był on skierowany do mnie. Nie chcąc nikogo obrazić, pozostałem w pokłonie.

– Odpowiedz. 

Inny głos, niższy i bardziej stanowczy. Natychmiast wyprostowałem się i z pochyloną głową odpowiedziałem.

– Tak, Panie. 

– Masz jakiś dowód na swoje słowa, wojowniku? 

Naszła mnie panika. Za nic nie pomyślałem żeby sprawdzić, czy dalej mam przy sobie dokumenty wydane mi na okoliczność wstąpienia do armii. Nerwowo zacząłem macać się po ubraniu, sięgając do kieszeni i pod rękawy. Im dłużej szukałem, tym stres coraz bardziej dawał mi się we znaki, wywołując lawinę potu na czole i masę nerwowych ruchów, jakbym chciał strącić pająka z ubrania. Zebrani ludzie musieli to zauważyć, bo spojrzeli po sobie z politowaniem w oczach. 

W końcu jest, znalazłem! Dokument zamknięty w metalowej, płaskiej kasetce, przyozdobiony herbem cesarstwa Kitsune. 

Szybko wyciągnąłem ręce przed siebie. Stojący obok mnie człowiek odebrał je i otworzył, wyjmując zawartość na stół.

Jeden z nich chwycił dokument i chwile go oglądał, wertując kartki. Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby upewniając się, że jest mój. W końcu przekazał go pozostałym i zaczął mówić.

– Najemny żołnierz przypisany do dwudziestego trzeciego regimentu. Z tego co nam wiadomo, ten znajduje się niedaleko. Więc jaki jest powód twojej wizyty, młodzieńcze.

Przełknąłem ślinę i odpowiedziałem.

– Panie, ten regiment już nie istnieje. Został rozbity. Dzisiaj rano mieliśmy przejąć przemarsz Legionu, ale zawiedliśmy.

– Zaczekaj! – głośno przerwał mi jeden z siedzących szlachciców. Ten sam co pośpieszał mnie jeszcze chwilę temu. Jego ton był szorstki, nieznoszący sprzeciwu. – Co masz na myśli, robity?

– Wróg nas pokonał, panie. Ich siły były zbyt liczne. Po wszystkim, tylko ja byłem żywy.

Mój rozmówca parsknął na te słowa. 

– Absurd! Dwudziesty trzeci miał połączyć się z drugim regimentem. Wróg nie miałby szans. I ta bajka o tym, że tylko ty ocalałeś? Co tak naprawdę chcesz nam powiedzieć?

Chwilę wpatrywałem się w stół. Z ich perspektywy może i brzmię, jakbym bredził. Przyznam, że wypowiedzenie tego na głos faktycznie nosiło ślady kiepskiego żartu. Lecz nie biorą pod uwagę tej istoty, która tam była. 

Ale co, jak wezmą mnie za wariata? Co, jeśli uznają, że to tylko wymówka? No bo jak powiedzieć, że na polu bitwy wróg miał wsparcie potwora i nie wyjść na szaleńca?

Poczułem szturchnięcie. Mężczyzna stojący obok mnie pociągnął mnie za rękach i wskazał oczami na siedzących starców. Chrząknąłem i odpowiedziałem.

– Wróg miał tam coś… coś co paraliżowało żołnierzy ze strachu. Mogliśmy tylko stać i czekać na ciosy przeciwnika. Wielka tam istota, miała ze trzy metry. I skrzydła, rogi, żółte ślepia —

Zatrzymałem się w pół słowie, zdając sobie sprawę, że za bardzo gestykuluję opisując kreaturę. Wszystkie oczy były wbite we mnie. Język utknął mi w gardle i jedyne co mogłem zrobić, to nerwowo schować ręce za siebie i patrzeć na zebrane tu osoby. Lordowie nachylili się do siebie i szeptali, zasłaniając usta rękami. Gdy skończyli, jeden z nich wskazał na mnie palcem.

– Zdajesz sobie sprawę, najemniku, co właśnie nam opisałeś? 

– Raczej tak, panie. Widziałem to na własne oczy. Ale… sam już nie wiem. Słyszałem tylko w legendach o czymś podobnym, lecz —

– Lecz co? 

– To się wydaje… – wzruszyłem ramionami – Dość nierealne.

Nastała cisza. Zebrani szlachcice trawili moje słowa. Ciszę przerwał znajomy, ostry ton.

– I mamy uwierzyć na słowo, że tylko ty przeżyłeś? 

– Tak zakładam, panie.

– Absurd! – Warknął rozmówca. – Tak duży regiment i tylko jeden, żałosny, nic nie znaczący najemnik ostał się? I to na dodatek bez zadrapania? Podaj jego broń, Eto!

Mężczyzna stojący obok mnie złapał mnie natychmiast za pas i zręcznym ruchem wyciągnął moją katanę. Błyskawicznie położył ją na stole. Zaraz po tym agresywny starzec chwycił ją i energicznie wydobył broń. Przy okazji wysypało się z niej trochę piasku na stół. 

Oglądał ostrze bardzo dokładnie, podczas gdy pozostali czekali na werdykt w milczeniu. Po chwili parsknął i spojrzał na mnie. Na jego twarzy malował się podły uśmiech triumfu.

– Nawet jej nie użyłeś, co?

W tej samej chwili musiałem wyglądać jak przestraszone dziecko, które jest ganione przez rodziców. Ten sam człowiek spojrzał na swoich siedzących towarzyszy i przekazał im moją katanę. Podczas, gdy inni ją oglądali z identyczną starannością, ten kontynuował.

– Żałosne. Przychodzisz tu i masz czelność opowiadać bajki przed klanem Kazuma. Powiem tobie, co się wydarzyło. Stchórzyłeś! – uderzył pięścią w stół. – Gdy lęk okazał się zbyt silny, uciekłeś, zostawiając swoich rodaków na pustyni.

– Zaczekaj, przyjacielu – rzucił najstarszy z nich wszystkich, który do tej pory milczał. – Zanim przejdziemy do osądu, musimy to przedyskutować. Są pewne fakty, które niepokoją mnie w tej opowieści.

– Oczywiście! – Odparł szlachcic, lekko chyląc głowę w stronę rozmówcy. 

Starszy szlachcic, teraz patrząc na mnie, dokończył.

– Weź swój miecz i dokumenty. Zaczekaj na zewnątrz. Wezwiemy ciebie, gdy będziemy gotowi.

– Oczywiście, mój panie. – Odparłem drżącym głosem i w pokłonie odebrałem swoje rzeczy. Opuściłem salę sam, zamykając za sobą drzwi. Czułem się zniszczony po tej rozmowie.  Zarzucają mi coś, czego nie dokonałem. Co gorsza, nie mam dowodów na swoją obronę. I po cholerę powiedziałem im o tej bestii. Tylko dolałem oliwy do ognia?

Moje rozmyślania przerwały głośne rozmowy dochodzące z pokoju klanu Kazuma. Zebrałem się na odwagę i ostrożnie podszedłem do drzwi, nadstawiając ucha. Słowa były niewyraźne, ale wyłapałem kilka, które zjeżyły mi włos na karku. Zdrajca, kłamca, dezerter. 

Ogarnęła mnie panika. Oskarżenia, jakie mi stawiają mogą doprowadzić do mojej egzekucji. Gdzie tam mogą. To się na pewno wydarzy. W obecnym klimacie politycznym, tacy jak ja wskazani przez szlachtę? Nie wybronię się.

Moje myśli pędziły jak galopujący koń. W głowie odtwarzałem wszelkie możliwe scenariusze, co będzie dalej. Czułem, że u podstaw winą jest moje fatalne pierwsze wrażenie i teraz nieważne co, i tak będą widzieli we mnie dezertera i wariata opowiadającego o demonach.

 

Decyzja wydaje się bardzo prosta. Po co oddawać się w ręce kogoś, kto patrzy na wszystko z góry i ma ciebie za nic? Siedzą tak wysoko, że nie dostrzegą prawdy, gdy ta jest zbyt mała.

Życie jest zbyt cenne, aby go oddawać w ręce obcych ludzi. A ty je już prawie straciłeś. Po co marnować  tak hojnie ofiarowaną szansę, gdy jedyne, co trzeba zrobić, to biec przed siebie.

 

Nagła myśl w mojej głowie ucichła. Już patrzyłem na korytarz, który prowadził do schodów, a te do holu głównego i do wyjścia z pałacu. 

Uciekać? To tylko udowodni, że jestem winny. Zacisnąłem pięści. Chrzanić to, nie umrę tylko dlatego, że nie chcą mi uwierzyć. 

Ruszyłem przed siebie, co rusz spoglądając za siebie. Przyspieszyłem tempa gdy byłem już na schodach. Na koniec prawie wybiegłem przez główne drzwi. 

Słońce było już nisko, a ja musiałem gdzieś się ukryć. Poszedłem więc znajomą mi drogą, licząc, że na coś wpadnę po drodzę.