– BARNABA! – krzyk kobiety poniósł się echem po pustym rynku, gdy wielki pies wyrwał smycz z rąk właścicielki i pobiegł w kierunku, który wybrały jego instynkty.
Tela nie miała szans go dogonić, jednak, jak każdy zrozpaczony właściciel psa, nie zamierzała odpuszczać i od razu ruszyła za nim.
Jej szalik i włosy rozwiał wiatr, gdy z wysiłkiem przebijała się przez wieczorny chłód. W panice rozważała, co może się stać, jeżeli nie uda jej się znaleźć psa.
Rynek w Wałbrzychu był wyjątkowym miejscem w godzinach wieczornych. Nie tylko ze względu na swój urok, choć trzeba przyznać, że poniemieckie kamienice w połączeniu z przepięknym położeniem miasta już same w sobie powinny ściągać znacznie więcej turystów (albo jakichkolwiek, bowiem jak na razie miasto odwiedzali raczej nieliczni, bardziej z tych, którzy lubią nieoczywiste miejsca). W tym przypadku wyjątkowość oznacza, że po godzinie 17 zapadała zupełna pustka: ludzie wracali do domów w innych częściach miasta z pracy i ze szkoły, pozostawiając centrum miasta tak ciche, że można było się zastanawiać, czy aby na pewno ktoś tu mieszka. Cóż, może nie było tak całkiem pusto; nieodłącznym elementem krajobrazu byli bowiem lokalni entuzjaści napojów procentowych klasy najniższej, lubiący raczyć się nimi w typowych dla siebie zbrojach złożonych głównie z tego, co akurat mogli znaleźć. Każdy był więc wyjątkowy, a ich obecność zdecydowanie zdawała się być jedynym sygnałem, że w tym mieście jednak nie doszło do wędrówki ludów, która to pozostawiła ulice widmo bez życia.
Na dodatek można było często obserwować z okna, jak druga grupa lokalsów dość regularnie dawała o sobie znać; cechą charakterystyczną były kaptury i chroniczna niechęć do reprezentantów innych grup, co z kolei owocowało w regularnych potyczkach w okolicznych bramach, a i nierzadko w samym środku rynku.
Paradoksalnie, miasto nie było niebezpieczne: dopóki się nie szukało guza, to nie trzeba się było martwić, że coś złego się stanie.
Sam rynek był dość urokliwy; kwadratowy plac otoczony szeregiem kamienic, spośród których najlepiej widoczny był gmach biblioteki oraz, po przeciwnej stronie, kamienica z kotwicą na szczycie, na parterze której znajdował się mały lokal gastronomiczny z zapiekankami i tostami: to na nich wychowywały się kolejne pokolenia młodych wałbrzyszan i chyba tylko dlatego to miejsce nie tylko nadal istniało, ale też dość dobrze sobie radziło.
Tela jednak nie biegła ani w stronę zapiekanek ani w stronę biblioteki: Barnaba uciekał w kierunku neogotyckiego kościoła, skąd mógł wybrać trzy różne kierunki. Tela biegła więc najszybciej jak mogła byle tylko nie stracić z oczu jego brązowego zadka.
Na szczęście pies nie komplikował drogi: biegł dalej prosto.
Krzyki wyrywały się Teli w sposób niekontrolowany, więc choć nie przebyła zbyt długiej drogi, to zaczynało jej brakować tchu. Usilnie zmuszała usta do wołania imienia psa. Bieg i mróz sprawiły, że coraz częściej z jej gardła wyrywał się bliżej niezrozumiały charkot. Jej kondycja zdecydowania zasługiwała na poprawę.
Wbiegła w alejkę zostawiając kościół za plecami i oparła się o ścianę. Nie była już w stanie jednocześnie biec i krzyczeć, w dodatku odezwała się stara kontuzja kolana. Ciężko dysząc, pochyliła głowę do przodu. Poczuła na twarzy coś mokrego i ciepłego: zaczęła płakać.
Barnaba był jedyną istotą, która trzymała ją jeszcze w jako takich ryzach. Codzienna rutyna i bliskość czworonoga stanowiły dla niej coś w rodzaju poduszki bezpieczeństwa, dzięki której jeszcze była w stanie chodzić i funkcjonować. Może i nie był to „efekt wow”, ale na regularna aktywność fizyczna dawała lepsze skutki, niż horda leków antydepresyjnych, które nie tylko nie pomagały, ale wręcz jeśli już coś robiły, to ją otumaniały. Zastanawiała się, jakim cudem nie jest w stanie znaleźć leków, które pomogłyby jej w radzeniu sobie z bagnem, do którego trafiła, ale jedyne, co była w stanie wymyślić, to że albo jej mózg nadawał nie na tych falach co trzeba, albo, że depresja nie była wcale słuszną diagnozą.
Przynajmniej tak było, do czasu, gdy wzięła Barnabę. Może i potrafił zrobić coś, co sprawiało, że miała ochotę go udusić, ale to właśnie dzięki niemu stopniowo i stabilnie zaczynała odzyskiwać władzę nad swoimi uczuciami i ciałem.
Ale teraz Barnaba leciał prosto w sobie tylko znanym kierunku i istniała duża szansa, że coś mu się stanie. Coś, co sprawi, że Barnaby już nie będzie.
Nigdy wcześniej nie zrobił czegoś takiego; owszem, zdarzały się momenty, kiedy Tela miała problem z utrzymaniem tych czterdziestu kilogramów w ryzach, zwłaszcza, kiedy na spacer wychodził jego największy nemezis: amstaff Otto z bramy obok, ale nigdy nie próbował uciec. Wręcz przeciwnie, zawsze pilnował Teli, nawet, gdy byli w domu. Wystarczył drobny ruch kobiety, a śpiący Barnaba otwierał oczy mimo, że chwilę wcześniej chrapał.
Tela starała się wyrównać oodech jednocześnie zastanawiając się, co takiego sprawiło, że właśnie dzisiaj Barnaba postanowił od niej uciec. Ten wieczór nie różnił się w żaden sposób od wielu poprzednich: wyszli na dwór nikogo nie spotykając (właściciel Otto zaczął wychodzić na wieczorny spacer o wcześniejszej godzinie). Zdążyli dojść do punktu z zapiekankami, kiedy Barnaba przerwał wąchanie latarni, gwałtownie się odwrócił i ruszył biegiem w przeciwnym kierunku.
Tela czuła, jak histeria powoli wyrywa się na powierzchnię. Cóż, histeria była lepsza niż odczuwanie jednego wielkiego nic, jednak jeżeli faktycznie dojdzie do tego wybuchu, to nie będzie miała już siły na szukanie Barnaby. Podda się i straci najlepszego przyjaciela! Jedynego, który przywracał jej chęci do życia.
Uniosła więc głowę i przetarła rękę o spodnie, żeby pozbyć się kredowego filtru pozostałego na skórze po dotknięciu budynku. Już miała przyłożyć grzbiet dłoni do oczu, kiedy świat pociemniał. Zamiast poczuć na palcach zastygające na mrozie łzy, ręka trafiła na nieprzyjemny materiał, który przesłonił jej oczy.
Wciągnęła rozpaczliwie powietrze łapiąc jednocześnie rękami za materiał na twarzy. Głos uwiązł jej w gardle. Umysł nie był w stanie logicznie objąć sytuacji. Panika pochłonęła wzbierającą histerię i z siłą niemożliwą do opanowania przedarła się przez mur, paraliżując ciało Teli i odbierając jej świadomość.
Zanim Tela zdążyła zrobić cokolwiek więcej, tępy ból rozszedł się po jej głowie, gdy od tyłu poczuła potężne uderzenie. Teraz zupełnie straciła ostrość widzenia, choć jakimś cudem nie straciła przytomności.
Nie.
To niemożliwe.
Nie tutaj.
Nie teraz.
Jak?
Ciało dziewczyny opadło na zimną kostkę. Nie czuła jednak chłodu.
Wysoka napastnik był okryty mrokiem panującym wewnątrz budynku, którego przytrzymywała się Tela. Czarne ubranie i duży kaptur dodatkowo utrudniałyby rozpoznanie, kimże ten człowiek jest, gdyby tylko ktoś raczył akurat tamtędy przechodzić lub chociaż wyjrzeć przez okno. Niestety, wałbrzyszanie nie widzieli ani nie słyszeli nic, co mogłoby pomóc obezwładnionej kobiecie.
Napastnik pochylił się i chwycił Telę za nogi, ciągnąc ją w kierunku wejścia do kamienicy. To był jeden z tych budynków, które niebawem miały przejść renowację: nadal widać było lata zaniedbań i ludzkich tragedii, które odcisnęły się w murach.
Ściany miały bliżej nieokreśloną barwę błota, na którą składały się warstwy łuszczącej się farby pokryte potężną warstwą osadu z dymu papierosowego. Mozaika na posadzce była pokryta grubą warstwą kurzu i odpadków. Gdzieniegdzie stały zdewastowane meble i porozrzucane butelki. Niczym pomnik najgorszego czasu w historii miasta, wnętrze kamienicy bezwstydnie trwało w milczeniu, skrywając swoją niegdysiejszą świetność pod warstwą ludzkiego upadku.
Mieszkańcy kamienicy należeli do tych, którzy nie interesowali się niczym, co by nie było bezpośrednio z nimi związane. Nikomu by zatem do głowy nie przyszło, by wyjrzeć na korytarz. Z resztą, nic ich do tego nawet nie zachęcało; wysoka postać ciągnąca Telę nie wydawała żadnych głośnych dźwięków, a gdzieś z głębi wyższych pięter dobiegał łoskot remontu. Ciało zostawiało za sobą smugę czystości, ścierając kurz jak mop.
Napastnik jednak nie był spokojny. Drżał. Był podekscytowany i to spowodowało, że zamiast wciągnąć całe ciało do środka, puścił nogi Teli zanim jej głowa znalazła się w środku. Ciało Teli leżało więc prawie w całości w mroku kamienicy, jednak jej głowa, spoczywająca w czarnym worku, wystawała na progu.
Człowiek odziany w czerń puścił nogi Teli i podszedł do stojącej nieopodal sterty desek, która kiedyś musiała być szafką. Rzucił na stos gruby kawałek drewna, który wcześniej stamtąd zabrał. To jego użył do zadania ciosu. Nie martwił się, że ktoś go znajdzie: miał na sobie rękawiczki, więc belka nie nosiła żadnych śladów. Odwrócił się i wyciągnął z kieszeni przedmiot o podłużnym kształcie. Poruszył ręką i z cichym kliknięciem ukazało się srebrne ostrze.
Pochylił się nad Telą i spojrzał na nią. Była na pewno niska i dość kształtna, choć nieco zbyt masywna jak na jego gust. Spod worka wystawały rudobrązowe włosy. Nie widział jej twarzy, ale nie to go interesowało. Nie; najważniejszy był jej zapach. Słodki, nieco żelazny, z delikatną nutą, którą wyczuł w tej okolicy tydzień temu. Nutą, której nie czuł od bardzo dawna. To tego potrzebował. Tak długo na to czekał, wręcz martwił się, że już nigdy mu się nie uda poczuć tego zapachu. Aż w końcu okazja przyszła sama.
Z cichym charkotem przysunął nóż do nadgarstka kobiety. Odszukał rękaw i płynnym ruchem rozciął kurtkę. Materiał poddał się jakby był zrobiony z najgorszej jakości poliestru, ale to zasługa doskonałego ostrza jego niepozornego nożyka, które cięło bez przeszkód.
Napastnik rozsunął materiał odsłaniając rękę i podłożył pod spód gruby materiał, który wcześniej zwinął spod drzwi remontowanego mieszkania.
Tak blisko. Ekscytacja powoli wzrastała, gdy naciął skórę prostą linią od łokcia do nadgarstka.
Krew powoli wytoczyła się z ciała i wchłonęła w ścierkę.
Powoli przesuwał nożem po przedramieniu wycinając duży prostokąt. Po każdym ruchu ocierał ostrze o skrawek materiału. Po każdym ruchu coraz mocniej odczuwał ekscytację.
Jego ekscytacja była jednak zgubna. Ból promieniujący z ręki wyrwał Telę z otępienia. Dziewczyna wierzgnęła na podłodze i wciągnęła powietrze do płuc.
– POMOCY!
Jej wrzask był jak kubeł zimnej wody. Napastnik doskoczył do przodu, przewrócił Telę na brzuch i złapała ją przez worek za włosy, zmuszając do wygięcia pleców w łuk. Nóż szybko znalazł jej gardło. Zanim przeciął skórę, dziewczyna ponownie zdążyła wrzasnąć:
– POMOCY! BŁAGAM!
Przyłożył ostrze do gardła dziewczyny.
W tej samej chwili do bramy coś wskoczyło. Duże, poruszające się na czterech kończynach.
Napastnik z przerażeniem cofnął się od Teli. Nożyk upadł z łoskotem na ziemię.
Barnaba wydał z siebie charkot i ruszył za nim.
Widok wielkiego psa już sam w sobie wystarczył, by napastnik zaczął uciekać. Wbiegł po schodach na półpiętro i dopadł okna: z jakiegoś powodu było otwarte.
Tela zerwała worek z głowy i spojrzała w kierunku hałasu. Widziała niewiele, jedynie czerń. Kiedy jednak postać dopadła okna, przez sekundę padło na nią nieco światła i pozwoliło dostrzec więcej szczegółów. Powierzchnia kurtki była niejednolita, porwana i połatana jednocześnie, na plecach miał plamy od ciemnoniebieskiej farby. Napastnik był wysoki, szeroki w barkach i gibki. Tylko tyle zdążyła dostrzec po odkryciu oczu. I aż tyle.
Napastnik wyskoczył przez okno. Barnaba zatrzymał się łapami na parapecie i głośno zaszczekał. Następnie odwrócił się i dobiegł do swojej pani.
Tela cała drżała. Barnaba polizał ją po twarzy. Złapała smycz, podniosła się i zaczęła biec.
