Wielkość tekstu:

Rozdział III

Rozdział III

Kennan

Z głębokiego snu wyrwał mnie głośny huk. Przez moment nie wiedziałam, czy to rzeczywistość, czy jeszcze odgłos szaleństw w mojej głowie. Otworzyłam jedno oko, potem drugie — blade światło świtu przecinało półmrok pokoju, a w powietrzu nadal wisiała ciężka woń wczorajszego alkoholu.

Pierwszą zobaczyłam Mirnę — naszą przełożoną. Stała na środku pokoju, wyprostowana sztywno, jakby połknęła kij, z dłońmi splecionymi za plecami. Jej spojrzenie było ostre, zimne. Sunęła wzrokiem po całym bałaganie, przewróconych butelkach i porozrzucanych ubraniach. Gdy jej spojrzenie zatrzymało się na mnie, poczułam się jak dzieciak przyłapany na kradzieży ciastka.

Gdzieś obok mnie ktoś jęknął. Eilin leżała z twarzą wtuloną w poduszkę. Zylthia spała w poprzek łóżka, jedna noga zwisała na podłogę, a na policzku miała ślad po zmiętym kocu. Obie zaczęły się poruszać, próbując zorientować się w sytuacji.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Mirna chrząknęła znacząco. Dziewczyny poderwały się gwałtownie, rzucając mi krótkie, zaspane spojrzenia, po czym — bez słowa — wybiegły z pokoju jak na komendę. Zostawiły mnie samą na linii frontu. Cudownie. Jeszcze się za to odegram.

Podniosłam się na łokciu, ignorując pulsujący ból głowy, który zdawał się wbijać szpilki w skronie w rytmie kroków Mirny. Przez chwilę miałam ochotę zwinąć się z powrotem pod koc, ale wiedziałam, że to tylko pogorszyłoby sprawę.

— Cóż panią tu sprowadza, Mirno? — wykrztusiłam, siląc się na nutę uprzejmości, choć głos miałam ochrypły.

Mirna zawiesiła na mnie spojrzenie jak ostrze.
— Zmiana planów — powiedziała krótko. — Wyruszasz dzisiaj.

Zmarszczyłam brwi, próbując ogarnąć jej słowa.

— Dlaczego?

— Dostaliśmy informację od naszych ludzi. Emrys prowadzi nabór w Elarin. Zapisy kończą się dziś po zachodzie słońca.
Zawiesiła głos, jakby sprawdzając, czy jestem w stanie zrozumieć, co do mnie mówi.
— Jeśli chcesz się tam dostać, to twoja jedyna szansa. Gilbert już został poinformowany, żeby przygotować twoją klacz. Najpierw jednak… ogarnij ten bałagan.

Nie czekała na odpowiedź. Wyszła, zostawiając za sobą ciężką ciszę, która jeszcze przez chwilę pulsowała w powietrzu.

Przymknęłam oczy, uciskając nasadę nosa. Pół dnia drogi… może mniej, jeśli się pospieszę.

Wyjrzałam przez okno. Świat dopiero budził się do życia – niebo było blade, przecięte pierwszymi smugami złota. Trzy, może cztery godziny. Tyle miałam, żeby się zebrać i wyruszyć.

Nie miałam już czasu na żadne „później”.

Cichy szelest oderwał mnie od myśli. Odwróciłam się i zobaczyłam Eilin i Zylthię w drzwiach, każda równie rozczochrana i zdezorientowana jak ja. Eilin była ubrana w za duży sweter, który chyba kiedyś był biały, teraz miał odcień szarości.  Zylthia natomiast wyglądała, jakby jej wcale nie obchodziło, co się dzieje — opierała się o framugę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, ale widziałam, jak palce nerwowo bębnią o materiał. Stały z minami, które jasno mówiły, że poranek nie jest ich ulubioną porą dnia.

Eilin od razu zmarszczyła brwi.
— Co to było? Mirna przyszła po ciebie?
Była konkretna, nawet trochę zaniepokojona.

Zylthia przeciągnęła się i opadła plecami o framugę drzwi.
— Wyglądała, jakby chciała nas wszystkich własnoręcznie wyrzucić za bramę.

Westchnęłam, zbierając w sobie resztki cierpliwości.
— Przyszła, żeby mnie pogonić. Mam wyruszyć dzisiaj, nie za trzy dni.

Obie zamarły, wymieniając szybkie spojrzenia.
— Dzisiaj? Ale przecież… nic nie mówiłaś, że wyjazd jest tak szybko.

Zylthia wyprostowała się gwałtownie. Jej palce przecięły powietrze ostrym ruchem.

— Miałaś nas uprzedzić. — Jej ton był szorstki, ale między słowami czułam rozczarowanie. — Żeby nie było jak ostatnio, kiedy dowiedziałyśmy się po fakcie, że zniknęłaś w środku nocy.

— Też bym wolała wiedzieć wcześniej — mruknęłam, podchodząc do biurka, żeby zebrać notatki i wcisnąć je do torby. — Sama dowiedziałam się przed chwilą.

Eilin skrzywiła się lekko, a potem odetchnęła głęboko, jakby chciała z siebie zrzucić niewidzialny ciężar.
— Coś się stało? — zapytała cicho, ostrożnie, jakby bała się usłyszeć odpowiedź.

Zastanowiłam się nad tym przez ułamek sekundy. Powiedzieć im prawdę? Kłamać? Przecież to nie miałoby sensu — znały mnie zbyt długo, żeby uwierzyć w półprawdy.

— Zmiana planów. Emrys przyspieszył nabór. Wzruszyłam ramionami, jakbym opowiadała o pogodzie, a nie o misji, która mogła skończyć się tragicznie. — Jeśli nie wyruszę dziś, przepadnie mi szansa

Zylthia zacisnęła szczękę.
— Oczywiście. Zawsze w ostatniej chwili. — Rzuciła mi spojrzenie, które równie dobrze mogło być żartem, co wyrzutem.

Uśmiechnęłam się krzywo, próbując rozładować napięcie.
— Przecież lubisz, jak się coś dzieje, Zyl.

Na chwilę zapadła cisza, tym razem gęsta od emocji. Czułam, jakbyśmy stały na krawędzi czegoś, czego żadna z nas nie chciała nazwać. Przez chwilę miałam ochotę cofnąć czas, wrócić do wczorajszego wieczoru, kiedy wszystko było prostsze.

Eilin przestąpiła z nogi na nogę.
— Co z nami? — zapytała. — Chcesz, żebyśmy ci pomogły?

Spojrzałam na nie. Moje dziewczyny. Jedna z troską wypisaną na twarzy, druga chowająca emocje pod warstwą sarkazmu.

— Jeśli możecie… — zaczęłam, ale głos zadrżał mi lekko. — Będę wdzięczna. Tylko muszę się ogarnąć. Nie chcę zostawiać tu większego bałaganu niż już jest.

Zylthia oderwała się od ściany i podeszła bliżej, z miną, która mówiła „nie musisz dziękować”.
— Ty zbieraj swoje żelastwo, ja z tobą zajrzę do zbrojowni. Eilin, ty ogarniesz kuchnię, co?

Eilin skinęła głową, już bardziej pewna siebie.
— Jasne. Greta jeszcze śpi, to się wśliznę bez problemu. Przy okazji sprawdzę, czy zostało coś lepszego niż wczorajszy chleb.

Coś ścisnęło mnie w klatce. Nawet w najgorszych momentach mogłam na nie liczyć.
— Dzięki — mruknęłam cicho.

Zylthia tylko machnęła ręką, a Eilin uśmiechnęła się delikatnie.
W tej krótkiej wymianie było wszystko, czego potrzebowałam — to wystarczyło.

Zebrałam się w sobie i zaczęłam zbierać rzeczy z pokoju. Każdy ruch był szybki, ale metodyczny — ciało pamiętało już, co robić, nawet jeśli głowa była gdzieś daleko. Zwinęłam ubrania w rulon, zgarnęłam notatki, podniosłam z komody swoje sztylety. Jeden z zakrzywioną czarną rękojeścią wysadzaną rubinem, drugi — niemal bliźniaczy, ale biały z szafirem, niczym odbicia w krzywym zwierciadle, różne, a zarazem jednakie.

Przez chwilę zatrzymałam je w dłoniach. Ich ciężar był znajomy, niemal pocieszający — a jednak, ilekroć na nie patrzyłam, wracał do mnie tamten pierwszy raz. Pierwsza misja: byłam wtedy niedoświadczona, głupio pewna siebie, jeszcze nie rozumiałam, że świat nie czeka, aż dorosnę. Pamiętam, jak biegłam wąskimi alejkami Barii, ścigana przez ludzi, których imion nawet nie znałam — słyszałam tylko ich kroki odbijające się echem za plecami. Serce waliło mi wtedy jak oszalałe, dłonie drżały na rękojeściach — a mimo to nie zatrzymałam się, nie zawahałam. Teraz, z perspektywy czasu, tamta odwaga wydaje się naiwna, niemal obca — ale bez niej nie byłoby mnie tu, nie byłoby tych sztyletów.

Odetchnęłam głęboko. Teraz wszystko miało pójść szybciej. Świat nie zamierzał na mnie czekać — więc przestałam oczekiwać, że będzie.

Wychodząc z pokoju, poczułam, jak chłód korytarza od razu ścina mi skórę na ramionach. Szłam za Zylthią, która narzuciła na siebie cienki płaszcz i szła przodem szybkim, zdeterminowanym krokiem. Szłyśmy w ciszy — tej z tych, które zostają po niedokończonych rozmowach — ale obie wiedziałyśmy, że teraz nie czas na wyjaśnienia. Tylko echo odbijało się od kamiennych ścian, prowadząc nas w głąb budynku, gdzie światło świtu już nie sięgało.

Zbrojownia zawsze miała w sobie coś surowego — powietrze pachniało żelazem, kurzem i starą skórą, a od półek i stojaków bił chłód. Wąskie okienka wpuszczały do środka ledwie parę smug światła, przez które unosiły się drobinki pyłu. Dźwięk naszych kroków tłumił się na grubych dywanach, których nikt już od lat nie próbował porządnie wytrzepać.

Zylthia przystanęła tuż przy wejściu, przez moment badając wzrokiem bałagan na regałach i stojakach pełnych broni.
— Ktoś tu kiedyś powinien zrobić porządek — mruknęła z udawanym oburzeniem. — Ale może to lepiej, bo zawsze znajdziesz tu coś, czego nikt inny nawet nie zauważy.

Uśmiechnęłam się pod nosem i podeszłam do niewielkiej półki pod ścianą, gdzie trzymałam swoje rzeczy. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak je zostawiłam — jakby nic z zewnątrz nie miało tu znaczenia, a czas zwalniał do własnego, osobnego biegu. Przesunęłam palcami po rękojeściach kilku noży, wybierając dwa najlżejsze do rzucania. Sprawdziłam, czy ostrza nie są stępione, a potem wrzuciłam je do skórzanej pochwy, którą zapinałam zawsze na udzie.

Sięgnęłam jeszcze po niewielki woreczek z prochem strzelniczym. Ktoś nieprzyzwyczajony mógłby uznać to za bezużyteczny balast, dla mnie — coś, co może uratować skórę, kiedy wszystko inne zawiedzie.

Zylthia kręciła się w pobliżu, obracając w dłoni krótki miecz błyszczący w półmroku.

— Szczerze, nigdy nie ogarnę, jak jesteś w stanie wyjść na misję z tak małym arsenałem. Ja bym tu zapakowała pół ściany.

Parsknęłam, poprawiając pasek na udzie.
— Wolę mieć coś, czego jestem pewna. Im mniej, tym szybciej biegam.

— No tak, szybciej się też wykrwawisz, jak cię w końcu dorwą — odparła zgryźliwie, ale w jej oczach zatańczyły znajome iskry.

Pokręciłam głową, chowając do kieszeni jeszcze małą fiolkę oleju do ostrzy i cienki rzemień, którym zawsze wiązałam włosy przed wyjściem.

Przez chwilę obie zajmowałyśmy się swoimi sprawami — ja pakowałam kolejne drobiazgi, Zylthia przeglądała sztylety, jakby szukała czegoś konkretnego, ale wiedziałam, że tak naprawdę pilnuje, bym nie zapomniała o niczym istotnym.

— Pamiętasz, jak Eilin kiedyś próbowała zabrać ten sztylet z rzeźbioną rękojeścią, bo „ładnie wyglądał przy świetle świec”? — zagadnęła nagle Zylthia, wyciągając z regału stary, zmatowiały nóż.

— Jasne, a potem przez tydzień miała rozcięty palec, bo nie umiała go schować do pochwy — odparłam, uśmiechając się pod nosem.

Atmosfera się rozluźniła, jakbyśmy na moment zapomniały, po co tu przyszłyśmy. Zylthia uniosła rękę, jakby chciała mnie objąć. Zamiast tego poprawiła pasek na moim ramieniu i odsunęła się o krok.

Zamknęłam torbę i jeszcze raz rzuciłam okiem w stronę półki, jakbym próbowała upewnić się, że naprawdę niczego tu nie zostawiam.

— Chyba wszystko mam — powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do Zylthii.

Przez moment stałyśmy w milczeniu. Zylthia spojrzała na mnie poważnie. Poruszyła palcami i bez cienia żartu wskazała mnie ostrzegawczo.
— Uważaj na siebie, Keny. I nie rób głupot.

Skinęłam głową, czując, że słowa utknęły mi w gardle.
— Obiecuję.

Zylthia wzruszyła ramionami, próbując zamaskować emocje, jakby nic się nie stało, ruszyła pierwsza do wyjścia, odrobinę szybciej niż wcześniej, rzucając przez ramię:
— Lepiej, żebyśmy nie musiały cię wyciągać z kłopotów.

Uśmiechnęłam się pod nosem i bez słowa ruszyłam za nią.

Wyszłyśmy ze zbrojowni. Korytarz był pusty i chłodny, pachniał popiołem oraz wilgocią starych murów. Gdzieś ponad nami krakały kruki.

Minęłyśmy rzędy zamkniętych drzwi i starą skrzynię na listy, na której ktoś wyrył nieprzyzwoite rysunki. Zylthia zerknęła na mnie kątem oka, ale nie powiedziała nic — nie musiała. W tej chwili cisza była lepsza niż niepewny żart.

Kiedy dotarłyśmy do wyjścia, światło uderzyło mnie prosto w twarz. Poranek był jasny, niebo rozlane bladym błękitem, a słońce leniwie gramoliło się ponad linię dachów. Na dziedzińcu kilku młodszych chłopaków przenosiło pęki siana, ktoś wycierał uprząż, a dwie dziewczyny z kuchni wynosiły wiadra z łupinami po warzywach. Życie toczyło się dalej, jakby nic się nie zmieniło, choć ja czułam, jakby nogi były ciężkie od decyzji, których jeszcze nie podjęłam.

Szłyśmy przez podwórze, mijając stare ławki i znajome twarze. Ktoś machnął z oddali, ktoś krzyknął czyjeś imię — zwykły poranek, jakby nic się nie zmieniało. Zylthia kopnęła leżący na ścieżce kamyk, który potoczył się daleko, aż pod same drzwi stajni.

Wewnątrz panował półmrok, przenikliwie chłodny i pachnący nie tylko końmi, ale też ziemią, ziołami i czymś, co mogłoby być starym miodem. Słoma szeleściła pod butami, a nad głową kołysały się pajęczyny. Wiązki światła wpadały przez szczeliny w deskach, rysując na podłodze złote pasy. Wśród boksów było cicho, ale nie martwo — od czasu do czasu wyłaniała się końska głowa, ktoś przeciągał się, jeszcze nie do końca obudzony.

Gilbert był już na miejscu. Stał przy jednym z boksów, lekko przygarbiony; jego siwe włosy były w nieładzie, a twarz poorana zmarszczkami sprawiała wrażenie, jakby od zawsze należała do tej stajni. Na sobie miał wyblakłą koszulę, z której wystawał kawałek sznurka — stara tradycja, powtarzał ją przy każdej okazji.

— Dzień dobry, panienki — rzucił, nie odwracając się jeszcze od Karmelki. — Wasza przyszła podróżniczka już gotowa. Całą noc dreptała po boksie, pewnie przeczuwała, że coś ważnego wisi w powietrzu.

Karmelka, jakby na potwierdzenie, wystawiła łeb i szturchnęła mnie w ramię. Jej nozdrza były wilgotne, a sierść pachniała czystością — Gilbert zawsze dbał, żeby była zadbana, choć sama miała temperament zbyt żywiołowy na świętą cierpliwość. Otarłam dłonią jej kark, czując znajome ciepło i siłę.

— Przynajmniej jedna z nas jest gotowa — mruknęłam pod nosem.

Zylthia oparła się plecami o belkę i zaczęła przyglądać się podkowom wiszącym na ścianie. Przez chwilę panował spokój, który miał w sobie coś kojącego. W tle rozlegało się rytmiczne chrobotanie mioteł i dalekie nawoływania stajennych.

Gilbert podszedł do mnie, sprawdzając popręg jeszcze raz, jakby od tego zależało życie.
— Pamiętaj, żeby nie dać jej podjadać po drodze. Ostatnio wróciła z tak pełnym brzuchem, że przez dwa dni tylko leżała w boksie i udawała obrażoną na cały świat.

Parsknęłam śmiechem, a Karmelka przewróciła głową, jakby rozumiała każde słowo.
— Obiecuję, że tym razem będzie miała dietę marszową.

Gilbert poprawił torbę z owsem i spojrzał na mnie z wyrazem, w którym mieszało się coś pomiędzy dumą a troską.
— Masz wszystko? Buty porządne, płaszcz nieprzemakalny, zapasowe strzemiona?

— Sprawdziłam dwa razy. I jeszcze raz — odpowiedziałam, podciągając pasek torby. — Ale jakby czegoś brakowało, liczę na twoją interwencję telepatyczną.

Stary stajenny uśmiechnął się pod nosem, a potem westchnął, jakby miał dodać coś jeszcze, ale tylko poklepał mnie po ramieniu i zajął się siodłem.

Czekaliśmy chwilę, aż do stajni dotarły dźwięki biegu. Eilin pojawiła się w progu, objuczona wielką torbą i wypchaną chlebem sakwą. W jej włosach zaplątały się jakieś zioła, a policzki miała rozgrzane od pośpiechu.

— Spóźniona, ale przyniosłam wszystko, co się dało — zameldowała, stawiając torbę na ławie. — Greta już wstała, nakryła mnie w kuchni, ale zamiast mnie pogonić, pomogła mi znaleźć jeszcze trochę suszonych owoców i kawałek sera. Powiedziała, że jak wrócisz głodna, to mam cię zabrać prosto do niej na naukę gotowania.

Zylthia zamigała, chichocząc pod nosem.
— Czyli jednak Greta nie taka straszna, jeśli się ją złapie z rana.

Eilin uśmiechnęła się szeroko, rozdzielając zapasy między mnie a Zylthię.
— Od siebie dorzuciła jeszcze zioła na herbatę — mrugnęła do mnie, podsuwając mi pod nos pachnący woreczek. — I kazała nie grymasić, bo „w drodze wszystko smakuje lepiej”.

Gilbert, obserwując tę scenę z boku, pokiwał głową.
— Dziewczyny, jak wy sobie radzicie, to i świat sobie poradzi — powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała nadzieja, jakiej nie słyszałam dawno.

Karmelka w tym czasie niecierpliwiła się, stukała kopytem i machała ogonem, próbując sięgnąć pyskiem do mojej kieszeni.
— Spokojnie, dziewczyno, zaraz dostaniesz swoją marchewkę — obiecałam, wyciągając warzywo, na które czekała.

Przygotowania skończyły się szybciej, niż bym chciała. Zylthia jeszcze raz poprawiła pasek mojej torby, a Eilin ścisnęła zawiniątko z chlebem i ziołami tak mocno, jakby mogła zatrzymać mnie samym uściskiem.

W końcu nie było już nic do spakowania, nic do poprawienia. Karmelka stała osiodłana, z połyskującą sierścią i błyskiem niecierpliwości w oczach. Gilbert raz jeszcze obszedł ją dookoła, sprawdzając popręg i strzemiona, jakby szukał powodu, by nas zatrzymać.

— Tylko wróć cała, dziewczyno — powiedział, głosem, w którym pobrzmiewało zmęczenie i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. — I nie pozwól tej łobuzicy — wskazał na Karmelkę — zjeść ci butów po drodze.

Uśmiechnęłam się krzywo, zaciskając dłoń na rzemieniu wodzy.

Zylthia podeszła jako pierwsza. Bez słowa objęła mnie mocno. Poczułam, jak jej palce drżą lekko na moich plecach, choć wiedziałam, że nigdy się do tego nie przyzna. Kiedy się odsunęła, jej twarz była zamknięta, ale w oczach paliło się coś niepokornego.

— Zrób im tam piekło, Keny. Ale nie daj się zgarnąć. — Jej głos zadrżał na końcu.

— Obiecuję — szepnęłam. — Tym razem wrócę szybciej, niż się obejrzycie.

Eilin wtuliła się we mnie niemal natychmiast po Zylthii, jej ramiona były ciepłe, a włosy pachniały miętą i dymem z kuchni.

— Przywieź coś ciekawego — mruknęła, a potem dodała już ciszej: — Po prostu wróć. Bez ciebie tu wszystko jest… inne.

Zacisnęłam powieki, czując nagle ciężar tego pożegnania. Ale nie pozwoliłam sobie na łzy.
Nie teraz.

Karmelka szturchnęła mnie łbem, jakby nie mogła się doczekać wyjazdu, albo chciała rozładować napięcie. Pogłaskałam ją po szyi, czując pod palcami znajome ciepło zwierzęcego życia.

Gilbert po raz ostatni poprawił popręg, po czym odsunął się na bok i skinął głową.

— Jak wrócisz, zajrzyj do mnie. Mam kilka nowych opowieści o starych czasach, których jeszcze nie słyszałaś.

Uśmiechnęłam się do niego wdzięcznie.

Ostatni raz spojrzałam na dziewczyny. Eilin szybko otarła policzek, udając, że poprawia włosy. Zylthia stała z rękami w kieszeniach, uparcie patrząc gdzieś w bok.

— No już, idź, zanim się rozmyślimy — zamigała w końcu sucho, ale mina była smutniejsza niż zwykle.

Wsiadłam na Karmelkę, czując jak napięcie opada z ramion, a jednocześnie zostawia po sobie coś pustego, czego nie sposób nazwać. Machnęłam jeszcze do nich ręką, a potem puściłam wodze. Stajnia została za mną, dziedziniec, znajome mury — wszystko, co na chwilę stawało się domem, zniknęło za zakrętem.

(…)

Droga przez las była spokojna. Karmelka szła pewnie, jej kopyta stukały rytmicznie w twardą ziemię. Pomiędzy drzewami przemykały cienie. Pogoda była piękna — słońce grzało plecy, wiatr niósł zapach rozgrzanej żywicy i wilgotnego mchu.

Z czasem droga stała się bardziej dzika, ścieżka wiodła przez gęste zarośla, gdzie pajęczyny błyszczały w porannym świetle. Mijałam połamany płot i stare, omszałe kamienie, które ktoś dawno temu ustawił jako znaki graniczne. Karmelka co chwilę próbowała podskubać liście, a ja musiałam ją upominać, żeby nie zamieniła marszu w piknik.

Po jakimś czasie dotarłam do drewnianej tabliczki z wyrytym napisem: „Nytheria”. Odetchnęłam głęboko, poczułam dreszcz ekscytacji — i niepokoju. To właśnie tutaj zaczynała się nowa część tej historii.

Niebo było pogodne, liście kołysały się lekko na wietrze, a słońce przesączało się przez korony drzew, rzucając złote plamy na ścieżkę.

Wtedy usłyszałam dźwięk, który przeciął spokojny rytm dnia — metaliczny brzdęk ostrzy, krótki okrzyk, potem szelest liści, jakby coś dużego przetoczyło się przez krzaki.

Karmelka zarżała niespokojnie i stanęła jak wryta. Zsunęłam się z siodła, przywiązałam ją do najbliższej gałęzi — oczywiście usiłowała mnie ugryźć w łokieć, jakby chciała mi przypomnieć, kto tu rządzi — i ruszyłam w stronę źródła hałasu.

Poruszałam się cicho, schylona, chowając się za krzakami i powalonym pniem. Serce waliło mi w piersi. Przed sobą, na niewielkiej polanie, zobaczyłam zamaskowane postacie. Atakowali mężczyznę — walczył z determinacją, odpowiadając ciosem na cios, ale było widać, że z każdą chwilą słabnie. Wokół nich roztaczała się przy ziemi lekka mgła — gęsta tylko tu, jakby była żywą istotą czekającą na sygnał.

Patrzyłam, jak jeden z napastników wyskakuje zza pleców chłopaka i podcina mu nogi. Ten upadł, w mgnieniu oka przeturlał się, wstał, lecz kolejny cios już wisiał w powietrzu.

Nie czekałam, aż chłopak upadnie po raz drugi.
Sztylet śmignął w mojej dłoni, ostrze zalśniło w słońcu.
Rzuciłam — i jeszcze zanim ostrze trafiło cel, mężczyzna spojrzał na mnie tymi szafirowymi oczami.
Chwilę później rozległ się głuchy dźwięk upadającego ciała.