Wielkość tekstu:

Rozdział 4. Lew

Zamiast wybrać najszybszą drogę do sklepu, Lew postanowił się przejść. Odkąd wyszedł z więzienia, możliwość swobodnego spacerowania była dla niego niezwykle przyjemna. Szedł w stronę zielonego rynku, planując przejść przez plac teatralny, zakręcić obok poczty i dojść do sklepu mieszczącego się na rogu rynku. Nie przeszkadzał mu fakt, że miasto, w którym żył, z każdej strony przesycone było wspomnieniami: każdy kąt, w który spojrzał, niósł za sobą obraz wydarzeń, które miały w nim miejsce. Niektóre kąty prowokowały dziwną gonitwę myśli: jak gdyby mnogość tego, co widziały, przepychała się na powierzchnię, walcząc o jego uwagę.

Lwu nie przeszkadzało również to, że dorastał stosunkowo niedaleko; Nie miał wielkiego wyboru podczas przyznawania mu mieszkania przez miasto. Miał za to spokój ducha niezależnie od tego, gdzie przebywał; nikt z jego rodziny już tu nie mieszkał. Bo nikt z jego rodziny raczej już nie żył.

Jego ojciec zmarł sześć lat po jego pierwszej ucieczce z domu. Marskość wątroby wykończyła go szybko, zważając na to, że ojciec nigdy nie przywiązywał wagi do tego, co mówią lekarze.

„To zwykłe gnoje, które zarabiają na kontraktach z wielkimi korporacjami. Nie będę szczurem laboratoryjnym” powiedział kiedyś matce Lwa, gdy ta namawiała go zrobienia sobie przerwy w piciu i brania leków, które przepisał lekarz. To był jeden z niewielu razy, gdy odwiedził dom rodzinny. Wrocławski squat, w którym przebywał od pewnego czasu, wdał się w konflikt z lokalnymi skinheadami i szlag trafił cały budynek. W dodatku musiał uciekać, bo łysole urządzali na nich polowanie. Musiał zniknąć na jakiś czas z Wrocławia, żeby ratować własny tyłek.

Gdyby nie to, pewnie nie zawitałby w domu. Z resztą, gdyby to nie był grudzień, to pewnie zaszyłby się w okolicznym lesie na jakiś czas, dopóki wszystko by nie przycichło.

Ale nie mógł; nie mógł też iść do żadnej noclegowni, bo nie wyobrażał sobie wytrzymywania bez alkoholu ani jednego dnia.

Postanowił więc nieco się ogarnąć i zacisnąć zęby, kryjąc się u rodziców. Każdy, kto go poznał, wiedział, że było to ostatnie miejsce, w którym należałoby go szukać.

Umył się na stacji benzynowej a z Manhattanu na piaskowej górze ukradł parę spodni, bluzkę i kurtkę. Właściwie to była to kamizelka jak na ryby, taka najbardziej dziadowa z możliwych a brak rękawów skutecznie pokazywał go w idiotycznym świetle podczas panujących aktualnie na zewnątrz mrozów, ale nie zależało mu na niczym więcej.

Tylko butów nie zdążył sobie załatwić nowych. Zdezelowane halówki, które wyrwał jakiemuś szczeniakowi ze squata, były całe oklejone srebrną taśmą i pomalowane sprejem na jaskrawożółto. Na środku noska widniał wielki, czerwony znak anarchii, a materiał śmierdział zgnilizną od ciągłego przemaczania ich w śniegu i miał zacieki od soli drogowej.

Mimo to, matka wpuściła go do domu jak gdyby wcale nie pojawił się tam bez zapowiedzi po kilku latach nie dawania znaku życia. Miała na twarzy pożółkłego siniaka rozciągającego się od oka aż po skroń. Całkiem nieźle jak na to, że nieczęsto miewała tylko już gojące się oznaki tatusiowych pieczątek na ciele.

Ojciec zaskoczył go jeszcze bardziej; nie rzucił się na niego z łapami, tylko zmierzył go swoimi małymi, ciemnymi oczami i pociągnął nosem z grymasem na twarzy. Kazał mu się iść umyć, twierdząc że śmierdzi jak najgorszy żul.

Lew wiedział, że to nie była oznaka skruchy; ojciec zdawał sobie sprawę, że nie stoi teraz przed nim cherlawy trzynastolatek, tylko rosły młodzieniec z barkami rozrośniętymi jak na sterydach. Nie chciał więc atakować bezmyślnie kogoś o wiele większego od siebie, nie wiedząc w dodatku, czego syn się nauczył. A nauczył się wiele, i to wcale nie od renomowanego senseja, tylko z przymusu.

Umył się i przebrał w to, co był w stanie na siebie zmieścić. Większość jego pokoju była nietknięta. Ktoś (matka) musiał tu co jakiś czas odkurzać, bo w pomieszczeniu nie zalegała wielka warstwa kurzu. Ze zdumieniem jednak dostrzegł, że na łóżku wciąż leżał ten sam komplet pościeli, pod którym spał ostatni raz w tym domu. Nie znalazł jednak żadnych cenniejszych przedmiotów; zniknął stary komputer i wieża, nie było też części zabawek. Lew nie miał wątpliwości, że zostały sprzedane. Nie ruszyło go to jednak specjalnie; nie było w tym domu rzeczy, którą chciałby zachować.

Kiedy zasiedli do kolacji, na początku było cicho. Słychać było tylko tykanie starego zegara z logo firmy od przypraw. Ojciec o dziwo siedział przy stole i jadł z nim i z matką. Powoli przeżuwał kanapki z kiełbasą i z ogórkiem, które matka wystawiła na stół, i popijał je herbatą ze szklanki w koszyczku naprzemiennie z piwem, które stało po jego drugiej stronie. Lew łakomo spoglądał na trunek. Minęła już prawie doba, odkąd ostatni raz skosztował alkoholu. Miał ochotę wyrwać ojcu puszkę i wypić ją na raz.

W końcu ojciec odchrząknął i powiedział synowi, że nie czuje się najlepiej i że musi się położyć. Lew nie chciał z nim rozmawiać, ale pochłaniając pierwszy normalny posiłek od dawna, czuł, że wypadałoby chociaż złapać tę namiastkę rozmowy, która właśnie się przed nim pojawiła.

– Czemu, chory jesteś? – Zapytał przełknąwszy uprzednio gryza kanapki, pilnując przy tym, żeby w trakcie mówienia nie wypadł mu z ust żaden okruch. Pamiętał doskonale, jak w dzieciństwie ojciec skutecznie nauczył go nie pluć jedzeniem po stole.

– Tata ma marskość wątroby. – Powiedziała bardzo cicho matka. Właściwie, to szepnęła, a całość zdania Lew poskładał w głowie słysząc tylko początki słów.

– Mhm. – Lew uniósł herbatę do ust. Ciepły napar był rozgrzewający, ale bezalkoholowy. – Czyli nie możesz pić?

Ojciec się zaczerwienił. Zamiast jednak rzucić się na syna z pięściami, zacisnął je blisko swojego ciała i wybełkotał litanię o bezużytecznych lekarzach i spisku lobby farmaceutycznego. Następnie wyciągnął z lodówki butelkę wódki i napił się prosto z niej.

– To jest moja medycyna. Samo zdrowie, od pokoleń. A nie jakieś chemikalia.

Więc wykończył się na własne życzenie. Lew podejrzewał, że tak się prędzej czy później stanie. Ojciec był paskudnym alkoholikiem, którego paliwem był gniew; takie połączenie nie może być niczym więcej, jak przepisem na tragedię.

Oczywiście dla Lewa śmierć ojca tragedią nie była. Nawet nie poszedł na pogrzeb. Po owej kolacji w końcu doszło między nimi do sprzeczki, gdy ojciec kazał Lwu przynieść sobie wódkę z lodówki i zorientował się, że sporo jej ubyło. Kiedy ojciec zorientował się, że Lew nie ma zamiaru go uderzyć mimo znaczącej przewagi fizycznej, przestał się powstrzymywać i podbił mu oko. Lew ukradł koc z kanapy i wybiegł z domu, łapiąc po drodze stare buty ojca.

Tamtego dnia spał na dworze. Właśnie tu, gdzie teraz stał.

W jego wspomnieniach leżał skulony pod najbardziej paskudną rzeźbą, jaką to miasto widziało. Była to wielka, stalowa kula, umieszczona na czerwonym stelażu. Tyle. Żadnych wzorów na metalu, żadnych innowacyjnych odniesień. Ot, kula pośrodku wewnętrznego podwórka między kamienicami.

Uśmiechnął się sam do siebie. Choć tamtej nocy spał pod tym dziwactwem, był wolny.

Różnica jednak polegała na tym, że teraz nie był już tak odporny na mróz. Owinął się cieplej kurtką i ruszył w końcu w stronę sklepu. Naprawdę chciało mu się palić.

Spożywczak jak to spożywczak, lada pamiętająca gierka, wyślizgana setkami produktów przesuwanych po niej codziennie. Równie wyślizgane kafle na podłodze, ze zdartą farbą tuż przy ladzie. Makarony obok butelek z wódką, papierosy w kolorowej gablocie prezentującej jakieś nowe cuda do palenia, które przypominały bardziej latarki niż cokolwiek, czego można było używać do tytoniu. No i te kolorowe świństwa: słodkie do bólu jednorazówki, które dzieciarnia paliła wszędzie, puszczając obrzydliwe zapachy truskawek i melonów prosto w twarz.

Ekspedientka również była ta sama, choć zamiast natapirowanego blondu miała teraz na głowie przerzedzone, krwawo rude pasma. Z biegiem lat przygarbiła się i pomarszczyła, ale w jej oczach nadal widać było ten specyficzny rodzaj wyższości, którym obdarzała każdego przychodzącego do sklepu.

Jeszcze nie tak dawno zarabiała głównie ze sprzedaży alkoholu nieletnim. Teraz ograniczała się do sprzedawania im jednorazówek.

– Dzień dobry. – przywitał się uprzejmie Lew.

– Hmpf. – Otrzymał w odpowiedzi. Pani Mariolka nie lubiła nikogo, kto nie był ubrany z lakierki i nie reprezentował sobą posady godnej jej uwagi.

– Poproszę dużą butelkę coli i Camele.

– Które Camele?

Ach, wredna kobieta. Kupował te same papierosy od roku prawie codziennie, ale nadal nie śmiała ich zapamiętać. To znaczy, pewnie pamiętała, ale nie śmiała tego przyznać.

– Żółte. – Odpowiedział spokojnie, wbijając wzrok w słodycze stojące na ladzie.

Choć był pewny, że nie tknie już w swoim życiu alkoholu, i tak wolał unikać patrzenia na półkę pełną tej nieszczęsnej trucizny.

Lew często zastanawiał się, dlaczego w kraju, w którym alkohol zniszczył życie tak wielu rodzin, był on nadal dostępny praktycznie wszędzie i eksponowany najlepiej ze wszystkich towarów.

Pani Mariola sięgnęła leniwie do półki z papierosami, wyciągnęła paczkę i położyła ją na blacie obok coli, którą z kolei wyciągnęła spod lady.

Lew wyciągnął banknot pięćdziesięciozłotowy. Mariola niechętnie go wzięła, ale tym razem nie zamarudziła na wysoki nominał. Lew wiedział, że za chwilę dowie się, że nie ma jak wydać, choć kasetka uginała się od drobnych przynoszonych przez lokalnych żuli.

– Nie mam jak wydać. – Powiedziała z przekąsem.

– Przykro mi, nie wziąłem innych pieniędzy. – Odpowiedział spokojnie. Faktycznie, wziął z domu tylko pięćdziesiątkę. Ale zazwyczaj przynosił drobne, więc raz na jakiś czas chyba mógł nie bawić się w rozmieniarkę.

– Nie wydam. Nie mam. Niech pan płaci kartą albo szuka drobnych.

Kwota, którą miał do zapłacenia Lew, przekraczała dwadzieścia złotych. Nie zamierzał się jednak irytować, tylko wywinął lewą kieszeń brudnej kurtki na lewą stronę i pokazał, że nie ma ze sobą ani innych pieniędzy ani karty.

W tej chwili drzwi do sklepu otworzyły się i zabrzęczał dzwonek umieszczony nad nimi. Sklep był jednak podłużny, więc trzeba się było mocno wychylić stojąc przy ladzie, by zobaczyć, kto wszedł do środka.

– Przykro mi, naprawdę nie wziąłem nic innego. Może mnie pani wpisać na zeszyt, doniosę. – Powiedział z wyjątkowym spokojem. Wiedział, że ekspedientka tylko czeka na awanturę.

Teraz postanowił okazać prawą kieszeń. Podczas wywijania jej zapomniał o jednej rzeczy: miał tam schowany scyzoryk, który znalazł na parterze kamienicy wychodząc do sklepu.

Ten potoczył się z łoskotem na ziemię. Lwa zaskoczył ten głośny dźwięk, ale szybko połączył kropki. Schylił się i podniósł nożyk, który upadając na ziemię rozłożył się.

To, co stało się za chwilę, było absurdem.

Zanim Lew zdążył podnieść nóż, usłyszał ton głosu używany przez ludzi, którzy nie znosili sprzeciwu.

– Rzuć to! Podnieś ręce do góry! – Do tej komendy dołączyło ciche pstryknięcie, jakby jakaś mała metalowa część uderzyła o inną.

Grozili mu pistoletem?

Lew nie zamierzał dać się sprowokować. Spokojnie powtarzał sobie w duchu, że nie zrobił nic złego i nie ma się czego obawiać. Powoli podniósł ręce, obracając się jednocześnie w kierunku, z którego pochodził głos.

– Spokojnie. Nie zamierzałem zrobić nic złego. Znalazłem ten scyzoryk i przed chwilą wypadł mi… – próbował się wytłumaczyć, ale przerwał mu donośny, choć wyjątkowo wysoki jak na męski, głos.

– NA ZIEMIĘ! NA ZIEMIĘ POWIEDZIAŁEM! KOPNIJ NÓŻ W MOJĄ STRONĘ!

Przed nim stało czterech umundurowanych funkcjonariuszy, roztrzepana brunetka cała umorusana w kurzu i wielki, brązowo-czarny kundel przyklejony do nogi tej ostatniej.

Lew westchnął. Oczywiście, że instrukcje były podane nie po kolei, ale spokojnie posłuchał. Kopnął scyzoryk w stronę grupki i spokojnie położył się brzuchem na wysłużonej posadzce.

– Ja wiedziałam! Wiedziałam, że ta kanalia się nie zmieniła! Panie władzo, ja go znam od dziecka. Ojciec policjant, a ten tutaj to łobuz! Matce serce połamał! Siedział, panie, siedział we więźniu! Niby wyszedł, ale to to złe nasienie od zawsze było. Ja panu powiem, że to… – szczebiotała kobieta za ladą, dopóki nie przerwał jej kolejny głos, tym razem kobiecy.

– Niech pani przestanie mówić i się cofnie.

Lew zerknął spod rzęs leżąc na ziemi. Zbliżała się do niego postać o długich nogach, świetnej figurze i wyjątkowo pewnym siebie kroku. Policjantka prosto z wybiegu, cholera. Ale chuda, lekka.

Nie, żeby zamierzał się wyrywać. Miał tylko nadzieję na to, że nie będzie go szarpać, jak to mieli w zwyczaju koledzy po fachu.

– Czy ma pan przy sobie coś poza tym nożem? – Zapytała stanowczym tonem.

– Nie.

Policjantka się zatrzymała na wysokości jego głowy na rozstawionych nogach. Nie widział jej, ale był pewien, że celowała do niego z broni.

Zza niej wysunął się mężczyzna , który niczym specjalnym się nie wyróżniał. Bez słowa zaczął przeszukiwać Lewa.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem napaści i próby dokonania zabójstwa.

Kurwa mać.