Trzy dni. Tyle czasu minęło, od kiedy Tela po raz ostatni się umyła.
Siedziała w rogu kanapy z głową Barnaby na kolanach. Czuła się brudna, ale nie była w stanie się zebrać do kąpieli.
Na dwór ubierała czapkę i spryskiwała się tanim dezodorantem. Na szczęście było zimno, więc po ubraniu kurtki nikt nie widział, że od trzech dni chodzi i śpi cały czas w tej samej bluzie i spodniach od dresu.
Nie potrafiła przerwać gonitwy myśli. W dodatku ciągnęło ją w ręce: odkąd puściło znieczulenie, szwy zdawały się testować jej tolerancję na ból w bezlitosny sposób. Nie wzięła jednak tabletki przeciwbólowej.
Wszystko, co się wydarzyło, wracało do niej raz za razem w niekończącej się serii realistycznych obrazów.
Bandera biegnący przed siebie.
Czarny worek. Ciemność.
Ból w ręce.
Krzyk.
Ból głowy, gdy ciągnięto ją za włosy.
Charkot Barnaby.
Ciemna postać znikająca w oknie.
Było jej zimno i gorąco jednocześnie. Nie potrafiła poradzić sobie z tym, co się stało, ale jednocześnie próbowała wypalić sobie te wspomnienia w głowie, tak, by nikt ich nigdy nie zniekształcił. A ból w tym pomagał: był najbardziej namacalnym dowodem na to, że cudem uniknęła śmierci.
Gdyby nie Barnaba, gdyby do niej nie przybiegł, nie czułaby teraz nic. Wiedziała, że powinna czuć wdzięczność. Niestety, czuła coś zupełnie innego. Czuła strach i coś jeszcze… coś, czego nie rozumiała.
Wpatrywała się więc przed siebie, w okno wychodzące na rynek.
Bandera biegnie.
Jest ciemno.
Czuje ból w ręce.
Czuje ból na głowie.
Słyszy Barnabę.
I tak w kółko. Aż nie zrozumie, co czuje.
Mdliło ją od ciągłego powtarzania tych samych sekwencji. Kiedy więc czuła, że zaczyna się kiwać w przód i w tył, przeskakiwała myślami do drugiej sekwencji wspomnień.
Sklep spożywczy na rogu.
Mężczyzna w czarnej, połatanej kurtce wchodzący do środka.
Jej paraliż, który chwilę później ustąpił histerii podsycanej gniewem.
Zaskoczenie na twarzach towarzyszących jej policjantów.
Barnaba warczy.
Podchodzi bliżej przeszklonych drzwi.
Widzi go. Widzi, że jest dobrze zbudowany.
Wyciąga coś z kieszeni.
Za chwilę coś toczy się po podłodze. Rzuca znajomy błysk.
Pewność, że to on, potwierdza serce szalejące jak koliber na fecie.
Potem słyszy rozkazy. Nie pamięta, kiedy weszli do środka.
Mężczyzna leży.
Mężczyzna zostaje skuty.
Mężczyzna wstaje i patrzy jej w oczy.
Są niebieskie, prawie szare. Ale dookoła tęczówki jakby ciemne.
Jego wzrok.
To właśnie tu pojawia się ta emocja, której nie rozumie. Wie, że powinna się go bać. Za jakiś czas może zamiast strachu poczuje satysfakcję. Ale nie czuła ani jednego ani drugiego, za to czuła, że coś nie pasuje.
Tylko co mogło nie pasować? No, może poza faktem, że po tym, jak typ zaatakował ją nożem w ciemnej bramie, jak gdyby nigdy nic schował nóż do kieszeni i poszedł do pobliskiego sklepu po fajki i colę.
Bogna Ruszewicz jej to tłumaczyła. Powiedziała, że tacy degeneraci często są nadmiernie pewni siebie i że gość nie spodziewał się, że będą go szukać w tym samym miejscu po upływie 35 minut od zdarzenia. Była doświadczoną policjantką, która nie owijała w bawełnę. Jej wersja miała mnóstwo sensu.
Tak samo, jak to, że typ praktycznie nie miał alibi. Nie tylko mieszkał w kamienicy, w której to się wydarzyło, miał przy sobie nóż i zdewastowaną kurtkę, ale też z nikim się nie kontaktował od kilku dni. Nawet w sumie nie miał z kim się kontaktować; nie miał rodziny, nie wspominał o przyjaciołach. Był też po odsiadce: co prawda wówczas został skazany za kradzieże i rozboje, ale to nie zmienia faktu, że ludzie, którzy raz doświadczyli wykolejenia, byli o wiele poważniej rozważani jako sprawcy kolejnych przestępstw, niż ci, którzy mieli czyste konto.
Ostatnim, co potwierdza jego obecność w społeczeństwie, była wyprawa do OBI i Castoramy, gdzie zarejestrowały go sklepowe kamery, gdy kupował jakieś rzeczy potrzebne przy remoncie.
Tela wiedziała, że minie jeszcze sporo czasu, zanim mężczyzna usłyszy zarzuty. Chwilowo był zamknięty w Areszcie Śledczym w Wałbrzychu, gdzie oczekiwał na zarzuty. Tela była więc bezpieczna.
Ale to nie dawało jej ukojenia ani nie sprawiało, że panika przechodziła.
Wręcz przeciwnie. Wpatrywała się w okno, jak gdyby spodziewała się, że postać, która wyskoczyła z pierwszego półpiętra kamienicy teraz wskoczy przez jej okno na trzecim piętrze.
W dodatku całe to wydarzenie jeszcze bardziej pogmatwało wszystko to, z czym borykała się już wcześniej. Czuła w głowie jedną wielką plątaninę uczuć i wydarzeń. Czasami zastanawiała się, czy to, co pamięta, faktycznie jest takim, jakim było w rzeczywistości.
Dlatego tak bardzo zależało jej na tym, żeby wyryć w swojej pamięci dokładny, szczegółowy obraz.
Kiedy wróciła do domu ze szpitala, z opatrzoną ręką, spisała świeże wspomnienia na komputerze. Ciężko jej to szło z powodu znieczulenia i zesztywnienia palców lewej ręki, ale wiedziała, że następnego dnia przestanie to widzieć tak, jak powinna.
Teraz siedziała na podłodze z Barnabą i wpatrywała się w okno, z którego widziała czerwieniący się horyzont. Piękno zimowych zachodów słońca, choć nadchodziły zbyt wcześnie jak na jej gust, było niezaprzeczalne.
Czerwień ta miała w sobie coś złowrogiego. Jak gdyby krew rozchodziła się po niebie, plamiąc wierzchołki gór jak jej własna, wsiąkająca w brudną od farby, niegdyś białą ścierkę. Ach, ta ścierka. Wziął ją z własnego domu i zapomniał zabrać podczas ucieczki.
Nie odrywając wzroku od horyzontu przesunęła palcami po głowie Barnaby.
To była kolejna kwestia, która spędzała jej sen z powiek. Barnaba zrobił się agresywny do granic możliwości.
Skakał na każdą istotę, którą mijali. Psy, koty, ludzie… dzieci. Barnaba zachowywał się jakby cały świat zamierzał zabić Telę.
Wiedziała, że szok, którego i on doświadczył, zmienił ich oboje nieodwracalnie.
Wiedziała też, że Barnaba czuje jej strach i nie pomaga mu to w nierzucaniu się na niewinnych przechodniów. Ale nie potrafiła nic poradzić na to, że wewnątrz czuła wdzięczność; im dalej od niej trzymali się ludzie, tym lepiej.
Problemem za to stały się spacery. Ze zranioną ręką nie była w stanie wychodzić z nim na dłuższe trasy i musiała wybierać godziny, kiedy na ulicach nie było ludzi. O ile wieczorem nie stanowiło to jakiegoś większego problemu, o tyle w ciągu dnia i rankiem musiała skradać się po mniej uczęszczanych uliczkach, bo choć Bandera nosił teraz kaganiec, to jego siła była zbyt duża by ryzykować, że dosięgną kogoś jego pazury.
Mogła poprosić kogoś z rodziny lub przyjaciół, by przez jakiś czas wyprowadzali Barnabę zamiast niej. Ale gdyby tylko miała się z nim rozstać choćby na chwilę, nie mogłaby sobie z tym poradzić i już zupełnie straciłaby panowanie nad sobą. Już samo pójście do szpitala było wyzwaniem; Barnaba został pod opieką policjantów i jednemu prawie odgryzł palce. Zdecydowanie lepiej znosił obecność kobiet niż mężczyzn, ale to też nie oznaczało, że Bogna Ruszewicz miała łatwe zadanie, dopóki nie przyjechała jej przyjaciółka, Zofia.
Zośka. Gdyby nie ona, nie miałaby co jeść. Choć lodówka Teli nie była pusta, nie była ona w stanie samodzielnie gotować. Zośka przychodziła zatem codziennie i z uporem maniaka szykowała jej obiady. Odpuściła za to szykowanie śniadań, bo choć były starannie zapakowane do pojemników i wystarczyło je jedynie wyciągnąć z lodówki, Tela nie była w stanie jeść, kiedy zostawała sama.
Nie pozwoliła jednak ani Zośce ani nikomu innemu zostawać na noc.
– Zocha, masz w domu trzymiesięczne niemowlę. Już samo to, że mnie odwiedzasz jest wystarczająco krępujące. – Powiedziała Tela podczas dzisiejszego obiadu. Ryż z warzywami był przepyszny i przesycony umami.
– Stara, daj spokój. Odciągam małemu mleko i mam wymówkę, żeby wyjść z domu. Poza tym, mogłabym z nim tu przyjechać. Od razu zachciałoby ci się żyć, jakbyś poczuła rodzicielstwo na własnej skórze! – Roześmiała się serdecznie. Faktycznie, nie dało się odmówić Zośce tego, że odkąd urodziła synka, promieniała radością. Owszem, była zmęczona i obolała, ale to nic w porównaniu z tym, ile miała teraz w sobie radości. – Poza tym, Mariusz też musi się nauczyć zostawać z młodym. Wiadomo, piersią go nie nakarmi, ale przez tę godzinę nic mu nie będzie.
Powodów, dla których to właśnie Zośkę Tela poprosiła o pomoc, było kilka.
Po pierwsze: znały się od zawsze. Po drugie, mieszkała tak blisko, że mogła do niej wpaść o dowolnej porze. Po trzecie: miała małe dziecko, więc nie ryzykowała tym, że będzie u niej siedzieć cały dzień, patrząc na nią z nieznośną troską przemieszaną ze skrępowaniem, które ludzie często mieli na twarzach, kiedy nie wiedzieli co zrobić albo co powiedzieć.
Więc Zośka wpadała tylko (i aż) na obiady, a po godzinie wracała do domu, zostawiając Telę i jej myśli dokładnie tak, jak tego potrzebowała.
Była jedna rzecz, której nie przemyślała dzwoniąc do Zośki: jej upór. Kiedy Tela odmówiła jej wprowadzenia się do niej na stałe, postanowiła umówić ją do psychologa. I zanim Tela zaoponowała, umówiła ją na spotkanie on-line. Skubana znalazła kogoś, kto specjalizował się w PTSD. I choć Tela powtarzała jej wielokrotnie, że PTSD nie da się zdiagnozować po upływie kilku dni, przyjaciółka była nieugięta przy wyborze terapeuty.
– Już rozmawiałam z panem Kacprem i zgodził się, żebym zalogowała się na samym początku sesji, żeby zobaczyć, czy na nią dotarłaś. Nie masz się czego bać. Mariusz korzystał z jego pomocy i zobacz, jak sobie teraz świetnie radzi!
Mariusz był ewenementem. Marynarz mieszkający w górach. Wyjeżdżał na pół roku i wracał na drugie pół do domu. Zarabiał przy tym takie pieniądze, że Zośka w ogóle nie musiała pracować. Spotkał się jednak z piratami u wybrzeży Somalii i od tamtej pory regularnie odbywał sesje z terapeutą, dzięki czemu nadal był w stanie pracować.
Tela była na Zośkę jednocześnie zła i zupełnie obojętna. Była przekonana, że daleko jej traumy spowodowanej spotkaniem z piratami (w dwudziestym pierwszym wieku!) czy tego, co przeżywali żołnierze wracający z misji w Afganistanie. Wiedziała, że powinna sięgnąć po pomoc, ale uważała, że odczekanie chociaż tygodnia byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Zośka natomiast miała w nosie zdanie Teli w tym temacie i wcisnęła ją na pierwszy dostępny termin, domagając się od Mariusza, by przekonał swojego terapeutę do zostawania po godzinach, żeby się nią zajął.
Tela była przekonana, że do grona czubków trafiła już dawno i miało to miejsce jeszcze w liceum, kiedy przygniotła ją ilość nauki. Wtedy trafiła do psychiatry i tak zostało; raz w miesiącu zgłaszała się po receptę i zdawała sprawozdanie z tego, jak sobie radzi. Co jakiś czas zmieniała leki, bo okazywało się, że nie działają tak, jak powinny.
Spojrzałam na telefon. Sesja rozpocznie się za godzinę. Mogła w tym czasie pójść się wykąpać, żeby chociaż udawać człowieka, ale stwierdziła, że przez monitor i tak nie czuć zapachu. Zamiast tego, związała przetłuszczone włosy w wysoki kucyk i poszła umyć zęby.
Barnaba podreptał za nią do łazienki.
Mycie zębów zużywało sporo energii. Tela nie miała pojęcia, jakim cudem ta prosta czynność nagle stała się tak energochłonna. Zanim się zorientowała, minęła połowa czasu do sesji.
Spojrzała w lustro. Włosy wyglądały tragicznie, ale kiedy były związane przynajmniej nie odstawały w każdym kierunku. Od łoju wyprostowały się też jak druty. Świetnie.
Przemyła twarz peelingiem i nałożyła krem. Może i nie był to podkład, ale dawał namiastkę czystości i czuła, że tyle może zrobić z szacunku do terapeuty, który zaraz zobaczy w swoim ekranie obraz nędzy i rozpaczy.
Z westchnieniem poczłapała do salono-kuchnio-sypialni i odpaliła komputer. Stary rzęch odpalił się z dźwiękiem przypominającym startującą rakietę kosmiczną.
Mogła użyć służbowego, ale bała się, że firma będzie wiedziała, że korzysta z usług psychologa. Nowiutki hp-ek siedział więc grzecznie w futerale, kiedy Tela przesuwała palcami po zakurzonych klawiszach starego kloca.
Trwało dobre dziesięć minut, zanim komputer był gotowy do współpracy. Otworzyła maila i kliknęła w wiadomość od Zośki. W środku był tylko link. Przyjaciółka ułatwiła jej wszystko do granic możliwości.
Klikając w niego poczuła, jak serce zaczyna jej przyspieszać. Nawet ta czynność zdawała się ją przerastać. Gdyby jednak miała się wybrać do gabinetu, pewnie by tam nie dotarła.
Przeglądarka zażądała zezwolenia na korzystanie z mikrofonu i kamery. Zatwierdziła.
Po chwili zobaczyła siebie w ekranie. Ziarnista kamerka starego laptopa idealnie rozmywała jej twarz. Ponadto w pokoju paliła się tylko jedna lampka, dając na tyle mało światła, że kontury były jeszcze bardziej rozmyte.
Kliknęła „Dołącz”.
Na ekranie pojawiły się trzy kwadraty. Widziała swoją twarz, salon Zośki i czarny kafelek podpisany „Kacper Wąs”.
Od tej chwili nie zamierzała już nic klikać. Pokusa rozłączenia się była zbyt wielka, a do planowanego czasu spotkania zostały jeszcze trzy minuty. To wystarczająco dużo czasu, by uciec.
Z kafelka salonu Zośki docierały przygłuszone dźwięki. Ktoś nachodził rytmicznie w kadr, jak gdyby kołysał dziecko. Nie padało żadne słowo. Słyszała gotującą się wodę w czajniku i cienką melodyjkę z jednej z zabawek synka przyjaciółki.
Wpatrywała się w ciemny telewizor w tle salonu Zośki. Znajdowały się pod nim ramki ze zdjęciami. Jedno z nich przedstawiało Telę i Zośkę, jak stoją ramię w ramię na szczycie Chełmca. Dookoła nich są te piekielne anteny, które przysłaniały widok z wieży widokowej i wymagały sporych kombinacji, żeby wykonać zdjęcie, na którym nie będzie ich widać. To zdjęcie było z wycieczki, którą miały w liceum. Zośka miała wówczas czerwone włosy i ubierała się jak gotka, a Tela z kolei wyglądała jak wycierus w przydużym swetrze w kolorze przegniłej cytryny. Miała czerwoną twarz od wysiłku, za to Zośka wyglądała jak trup w białym podkładzie i kontrastujących włosach.
Z zadumy wyrwał ją pisk, jaki wydają czasami głośniki, które ktoś bezczelnie podłączył na pełnej głośności. Z wrażenia prawie spadła z krzesła a w kafelku Zośki dało się słyszeć płacz maleństwa, które musiało się obudzić od tego piekielnego dźwięku.
Twarz Zośki pojawiła się w kadrze. Zerknęła w prawo, potem w lewo i kiedy zobaczyła to, czego oczekiwała, uśmiechnęła się, pomachała i rozłączyła ze spotkania.
Teraz kafelek Kacpra Wąsa rozciągnął się na cały ekran.
Miała ochotę wiać.
Zamiast tego wpatrywała się w twarz mężczyzny, którego musiał rzeźbić sam Michał Anioł. Cholera, jaki on był przystojny! Zielone oczy, jasnobrązowe włosy, wystające kości policzkowe, pełne usta i idealny nos. Siedząc po drugiej stronie z kujawskim na głowie czuła się jak gargulec na Notre Dame. Postanowiła zabić Zośkę przy pierwszej możliwej okazji.
– Dobry wieczór. – Zaczął spokojnie Kacper Wąs. Oczywiście, że jego głos też był zabójczy.
W odpowiedzi wbiła brodę w szyję i przykurczyła ramiona. Wyglądała, jakby właśnie ktoś podsunął jej coś bardzo śmierdzącego pod nos.
Wpatrywała się w tego cholernego Adonisa nie wiedząc, co ma powiedzieć.
On za to siedział tak spokojnie, jakby właśnie spędzał wieczór w klubie jazzowym słuchając jak saksofonista odpala solo. Brakowało mu tylko drinka i kapelusza.
Mów coś, ty kupo nerwów, pomyślała Tela
– Ekhm. Dzień dobry. – No tak, świetna odpowiedź na „dobry wieczór”.
– Miło mi panią poznać. – Mówił niewzruszony Adonis, uśmiechając się przy tym jak gdyby Tela była najmilszą istotą na ziemi. – Może najpierw się przedstawię? Nazywam się Kacper Wąs i jestem magistrem psychologii ze specjalizacją z psychotraumatologii. Zapewne pani Zofia wspomniała, że jednym z obszarów, w których pracuję, jest zespół stresu pourazowego, znany również jako PTSD. Ale prosiłbym, żeby się pani tym nie przejmowała; nie narzucam żadnemu pacjentowi diagnozy a tym bardziej nie zamykam się tylko w świecie traum. – Zamilkł na chwilę, posyłając Teli spokojny uśmiech. Niebezpiecznie piękny uśmiech. – Czy może mi pani powiedzieć, jak ma pani na imię? – Dokończył po chwili.
Tela zamarła.
Przepraszam bardzo, jak mam Adonisowi mówić o tym, co mnie spotkało? Zośka chyba zwariowała stawiając mnie w tej sytuacji – pomyślała.
Patrzyła w ekran komputera jak człowiek dotknięty narkozą. Bez ruchu, za to z tępym wyrazem twarzy.
Chwila, co on chciał?
– Ekhm. Przepraszam, może pan powtórzyć? – Wydukała.
Adonis uśmiechnął się przyjaźnie. – Chciałem zapytać o pani imię, jeśli to nie problem.
– Tela. – Bąknęła wpatrując się w małe okienko na ekranie ukazujące jej odbicie.
Znów się uśmiechnął. Albo wcale nie przestał. Im dłużej to trwało, tym bardziej doszukiwała się w tym uśmiechu czegoś irytującego.
Zaczęło działać. Profesjonalny uśmiech na jego twarzy pozwolił jej pomyśleć o tym, że typ jest w pracy, a ona mu płaci.
– No więc… – zaczęła niepewnie. – Mam na imię Tela i mam dwadzieścia dziewięć lat. Pracuję zdalnie jako księgowa w korporacji, mam psa i ostatnio jakiś pojeb zaatakował mnie nożem i próbował podciąć mi gardło.
Łap, Adonis. Ciekawe, co teraz zrobisz – dodała w myślach.
Spodziewała się, że terapeuta się skrzywi lub zrobi cokolwiek, co zetrze z jego twarzy ten obezwładniający uśmiech, ale ten jedynie tylko trochę zelżał. Teraz uśmiech ten mówił jej, że Adonis jest uprzejmy, ale nie wyśmiewa jej punktu widzenia.
– Rozumiem. Mogłabyś mi opowiedzieć coś więcej o tym, co cię spotkało? – Zapytał tonem tak uprzejmym i spokojnym, jak gdyby zdawała mu sprawozdanie z wycieczki do zoo.
I chyba właśnie w tym momencie uświadomiła sobie, że oprócz strachu czuję właśnie to. Wstyd.
Czuła się jak ostatnia sierota. Jak ktoś, kto powinien doskonale wiedzieć, że to nie musiało się tak potoczyć. Jak ktoś, kto mógł się odwinąć, wyrwać, gdy tylko ten przeklęty materiał naszedł jej na głowę.
Jak ktoś, kto został zraniony na własne życzenie. A w dodatku nie potrafił dodać dwóch do dwóch.
Potrzebowała dobry pięciu minut, żeby huragan myśli zelżał na tyle, by wydusić z siebie jakikolwiek dźwięk.
A potem popłynęła, wyrzucając z siebie wszystko, co tam zalegało. A Kacper Wąs słuchał.
