Wielkość tekstu:

Rozdział 3. Bogna

Rozdział 3.

Bogna

Kobieta wraz z dużym psem stała w drzwiach komisariatu mieszcącego się przy ulicy Mazowieckiej. Choć nie powinna być tam z psem, tak ściskała w rękach smycz, że wyglądała, jakby trzeba jej było tę rękę oderwać, by pozwoliła od siebie odsunąć zwierzę. Z resztą nawet, gdyby nie towarzyszył jej brązowo-czarny pies o bliżej nieokreślonym pochodzeniu, ona sama wyglądała wystarczająco niecodziennie, by wzbudzić poruszenie w pełniących tego wieczoru służbę funkcjonariuszach.

Bogna była wprawioną funkcjonariuszką. Choć nie miała wielkiego doświadczenia w wydziale kryminalnym, to nieraz widziała dantejskie sceny na tym korytarzu. Zachowała więc spokój, nawet mimo tego, że pies niespokojnie łypał na nią swoimi miodowymi oczami.

Oczywiście nikt się nie spodziewał, że ktoś w takim stanie wparuje do komisariatu sam. Gdyby kobiecie towarzyszyła asysta policji, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego: często poobijani ludzie siedzieli tu na zimnych, plastikowych krzesełkach w oczekiwaniu na swoją kolej podczas składania zeznań. Kobiecie jednak towarzyszył duży pies, miała na sobie kurtkę z poszarpanym rękawem, spod którego sączyła się krew, włosy odstawały jej w każdym kierunku a w ręku ściskała dwa kawałki materiału, z czego jeden był czarny, a drugi, choć cały poplamiony farbami, miał wielką plamę z krwi odcinającą się znacząco od bieli, którą to barwę pierwotnie miała ścierka.

Bogna spokojnie podeszła najbliżej jak mogła do kobiety.

– Dobry wieczór. Co się pani stało? – zapytała, trzymając jednocześnie rękę na kaburze. Nie miała przy sobie dłoni, to był po zwyczajny odruch.

Broń policjantki przebywała w sejfie. Przedpotopowy pistolet, który powinien już dawno wylądować w jakimś muzeum zamiast stanowić wyposażenie aktywnej zawodowo policjantki, był wyjmowany rzadko, bowiem każdorazowo należało sporządzić protokół. Użycie broni przez funkcjonariusza w tym kraju było trudniejsze, niż załatwienie pozwolenia na hodowlę gadów egzotycznych, które były mniej przewidywalne niż broń. Bogna nie lubiła tego ograniczenia; dorastała oglądając zagraniczne seriale o nieustraszonych policjantach ratujących ludzi z opresji, gotowych bronić słabszych i karać tych, którzy stanowili zagrożenie. Rzeczywistość dopadła ją zbyt późno, by mogła zrezygnować.

Dlatego Bogna szkoliła się głównie prywatnie, w walkach wręcz. Karate, boks, Jiu jitsu, zajęcia z samoobrony: wszystkiego po trochę, wszystko z pełnym zapałem. Rzecz, do której nie wyobrażała sobie przywyknąć, to bycie bezbronną.

Może właśnie dlatego, widok kobiet i dzieci będących ofiarami przemocy budziła w niej najwięcej współczucia. I może właśnie dlatego, zamiast odseparować wielkiego basiora od ociekającej krwią, poszarpanej wiatrem i upaćkanej kurzem kobiety, postanowiła jak najszybciej poznać jej historię.

Kobieta przez chwilę nie odpowiadała. Dyszała i nerwowo rozglądała się po holu, który wyglądem przypominał coś pomiędzy starym kościołem i zamkiem. Jak wiele budynków w Wałbrzychu, był wykonany z czerwonej cegły, a na posadzce prezentowały się wyślizgane kafle, które równie dobrze mogły pamiętać Księżną Daisy.

– Niech pani usiądzie i powie mi, co się stało. Czy potrzebuje pani karetki? – Ciągnęła Bogna. Im więcej szczegółów do niej docierało, tym bardziej uświadamiała sobie, że ten wieczór na komisariacie nie będzie należał do spokojnych.

Kobieta w końcu głęboko odetchnęła, podeszła do plastikowego krzesełka najbliżej wejścia i usiadła. Basior usiadł przed jej nogami, jak gdyby chciał stanowić barierę pomiędzy swoją panią a całym światem.

– Nazywam się Tela Kruk i zostałam zaatakowana nożem. – Wydusiła kobieta na jednym wdechu.

Dalej Bogna już wiedziała co robić. W tempie ekspresowym zebrała zeznania, w międzyczasie zwołując innych funkcjonariuszy by jak najszybciej zająć się sprawą.

Skoro do zdarzenia doszło chwilę temu, sprawca najprawdopodobniej był gdzieś w pobliżu i należało go jak najszybciej znaleźć.

Tela Kruk, od momentu, gdy zdała sobie sprawę z tego, że znalazła się pod opieką, była wyraźnie spokojniejsza, choć łzy nie przestawały lecieć z jej piwnych oczu tworząc bruzdy na umorusanej kurzem skórze twarzy.

Kiedy Bogna skończyła spisywać zeznania, poszła je jak najszybciej przekazać przełożonemu, żeby mogli ruszyć do akcji. I choć wiedziała, że zaraz zderzy się z największym betonem tej instytucji (który bynajmniej nie był elementem konstrukcji budowlanej), to szła pełna nadziei.

Bogna Ruszewicz nie była osobą łatwowierną: zbyt wiele razy w swej karierze zawiodła się już na ludziach. Kilka razy jej serce zostało bezdusznie zdeptane i poszarpane na strzępy, gdy próbowała uratować ofiarę od oprawcy; doskonale pamiętała kobietę z podzamcza (jednej z dzielnic Wałbrzycha), która latami doświadczała przemocy ze strony partnera. Podzamcze to dzielnica bloków: gęsto zaludnione, pełne sąsiedzkich przepychanek i niesnasek. Nikt nie słyszał krzyków ofiary, która latami prosiła o pomoc. Nikt nie widział bruzd na jej ciele, gdy szła robić zakupy. Za to zgłoszenia do szczekających psów czy głośnych remontów zalewały komisariaty w całym mieście ilością niemożliwie irytującą.

W tym wypadku Bogna czuła, że odniosła sukces. Pomogła kobiecie. Tego samego dnia zorganizowała jej opiekę w MOPSiE. Podała jej rękę, zapewniła, że dokonała czegoś odważnego i potrzebnego, zgłaszając się na policję. Założyła niebieską kartę. Zaoferowała kontakt z fundacją specjalizującą się w pomocy ofiarom przemocy.

Wszystko to tylko po to, by po miesiącu kobieta wróciła do partnera. Ten wówczas dokończył dzieła: zmasakrował twarz kobiety niedługo po tym, jak do niego wróciła.

Od tamtej pory, Bogna już się tak nie angażuje. Nie, żeby zupełnie potrafiła się odciąć emocjonalnie; po prostu zawsze spodziewa się najgorszego, żeby nie zaskoczyło jej ponownie to, że niektórzy ludzie dążą do autodestrukcji.

Najgorsze było to, że tamta sytuacja z podzamcza ciągle w niej żyła. Ciągle do niej wracała. Złapała się nawet na tym, że porównywała kolejne spotykane przez siebie ofiary do tej kobiety sprzed lat. I jeżeli jej ją przypominały: była bardziej sceptyczna. Zakładała kłamstwo.

Bogna Ruszewicz przyglądała się uważnie Teli Kruk, która zdawała się mówić prawdę. Tylko, że to było nielogiczne; w tak małym mieście jak Wałbrzych, w którym prawie każdy każdego znał, poza przemocą domową i osobistymi konfliktami kiboli, mało było prawdopodobne, żeby ktoś został napadnięty bez wyraźnego powodu. W Wałbrzychu nie było ani seryjnych zabójców, ani seryjnych gwałcicieli, ani innych temu podobnych.

Ostatnia postać, która zasłużyła swoim pokręconym życiorysem na sławę ogólnokrajową, była sprawa Skorpiona z wczesnych lat dwutysięcznych. Poza tym, nawet on nie polował na miejscu; swoje ofiary dopadał w większych miastach, takich jak Wrocław czy Poznań.

A jednak siedziała przed nią kobieta z rozciętą ręką (którą komisarz Jurkowska opatrzyła połowicznie korzystając z dostępnej apteczki, zanim udało się z panią Telą dogadać, że pojedzie do szpitala gdy już złoży zeznania), która z jakiegoś powodu w niczym nie przypominała ofiary z podzamcza. Owszem, była przerażona i co jakiś czas nerwowo oglądała się za siebie, ale nie próbowała za wszelką cenę zgadzać się na wszystko. Wręcz przeciwnie, walczyła ze sobą, by mieć siłę na opowiedzenie ze szczegółami, co ją spotkało. Podała nawet rysopis potencjalnego sprawcy: i choć nie był on wyjątkowo długi, dawał już jakąś poszlakę na znalezienie przynajmniej kilku podejrzanych.

Bogna szła więc do swojego betonowego przełożonego z poczuciem, że będzie walczyć o tę sprawę. I choć procedury pozwalały Drabińskiemu na odsuwanie w czasie jakiegokolwiek działania, wiedziała, że tym razem zrobi wszystko, żeby od razu ruszyć w teren.

Drabiński natomiast zachował się dokładnie inaczej, niż Drabiński by się zachował. Kiedy Bogna weszła do jego gabinetu, był w pełnym umundurowaniu a jego oczy lśniły z podekscytowania.

– Panie komendancie, zebrałam wszelkie istotne informacje od poszkodowanej Teli Kruk. Uważam, że powinniśmy… – nie dokończyła, ponieważ Drabiński jej przerwał.

– Ruszamy w teren, Ruszewicz. Mam nadzieję, że jeszcze pamiętasz, jak się pracuje poza komisariatem? – Rzucił w jej stronę.

Bogna była zaskoczona, nawet bardzo. Ale nauczyła się już nie zastygać w takich sytuacjach. Skinęła więc głową i odwróciła się, rzuciwszy uprzednio na biurko komendanta wydrukowane wstępne zeznania Teli Kruk i pospieszyła w kierunku swojej szafki z umundurowaniem.

– Ruszewicz – zatrzymał ją głos Drabińskiego.

Odwróciła głowę z pytającym wyrazem twarzy.

– Kobieta jedzie z nami. – Oświadczył.

– Ale panie komendancie, ona jest z psem – zaoponowała Bogna.

– Pies też pojedzie.

Bogna była jeszcze bardziej zaskoczona, ale znów jedynie skinęła głową i nie pozwoliła się zatrzymać.

Po chwili wszyscy zmierzali w radiowozach w kierunku rynku.